Ks. VII, w. 5250-5279«Cicho! skądże ta cała nowina pochodzi?
Jak daleko Francuzi? kto nimi dowodzi?
Czy już wojnę zaczęli z Moskwą? gdzie i o co?
Którędy mają ciągnąć? z jaką idą mocą?
Wiele piechoty, jazdy? Kto wie, niechaj gada!»
Milczała patrząc na się kolejno gromada.
«Radziłbym — rzecze Prusak — czekać bernardyna
Robaka, bo od niego pochodzi nowina;
Tymczasem posłać pewnych szpiegów nad granicę,
I po cichu uzbrajać całą okolicę,
A tymczasem ostrożnie całą rzecz prowadzić,
Aby Moskalom naszych zamiarów nie zdradzić».
«He! czekać? szczekać? zwlekać?» przerwał Maciej drugi
Ochrzczony Kropicielem, od wielkiej maczugi,
Którą zwał Kropidełkiem. Miał ją dziś przy sobie;
Stanął za nią, na gałce zwiesił ręce obie,
Na ręku oparł brodę, krzycząc: «Czekać! zwlekać!
Sejmikować! Hem, trem, brem, a potem uciekać!
Ja w Prusach nie bywałem; rozum królewiecki
Dobry dla Prus, a u mnie jest rozum szlachecki.
To wiem: że kto chce bić się, niech Kropidło chwyta;
Kto umierać, ten księdza niech woła, i kwita!
Ja chcę żyć, bić! Bernardyn po co? czy my żaki?
Co mi tam Robak: otóż, my będziem robaki,
I dalej Moskwę toczyć! Trem, brem, szpiegi, wzwiady;
Wiecie wy, co to znaczy? Oto, że wy dziady,
Niedołęgi! He, bracia, to wyżła rzecz tropić,
Bernardyńska kwestować, a moja rzecz: kropić;
Kropić, kropić i kwita!» Tu maczugę głasnął,
Za nim cały tłum szlachty «Kropić, kropić!» wrzasnął.
Ks. VII, w. 5490-5501«Wszystkich was — kończył Klucznik — biorę tu na świadki,Czy Robak nie powiadał, że wprzód nim przyjmiecie
W dom wasz Napoleona, trzeba wymieść śmiecie?
Słyszeliście to wszyscy: a czy rozumiecie?
Któż jest śmieciem powiatu? Kto zdradziecko zabił
Najlepszego z Polaków, kto go okradł, zgrabił?
I jeszcze chce ostatki wydrzeć z rąk dziedzica?
Któż to? Mamże wam gadać?» «A już ci Soplica —
Przerwał Konewka — to łotr» «Oj, to ciemiężyciel»
Pisnął Brzytewka — «Więc go kropić!» dodał Chrzciciel;
«Jeśli zdrajca — rzekł Buchman — więc na szubienicę!»
«Hejże! — krzyknęli wszyscy — hejże na Soplicę!»
Ks. VIII, w. 6154-6268Tadeusz cicho wyszedł, opuściwszy głowę,
Rozbierał w myśli przykrą ze stryjem rozmowę:
Pierwszy raz połajany tak ostro!… Ocenił
Słuszność wyrzutów, sam się przed sobą rumienił.
Co począć? jeśli Zosia o wszystkim się dowie?
Prosić o rękę? a cóż Telimena powie?
Nie, czuł, że nie mógł dłużej zostać w Soplicowie.
Gdy mu coś drogę zaszło; spojrzał: widzi marę,
Całą w bieliźnie, długą, wysmukłą i cienką.
Suwała się ku niemu z wyciągniętą ręką,
Od której odbijał się drżący blask miesięczny,
I przystąpiwszy, cicho jęknęła: «Niewdzięczny!
Szukałeś wzroku mego, teraz go unikasz;
Szukałeś rozmów ze mną, dziś uszy zamykasz,
Jakby w słowach, we wzroku mym była trucizna!
Dobrze mi tak, wiedziałam, kto jesteś: mężczyzna!
Nie znając kokieterii, nie chciałam cię dręczyć,
Uszczęśliwiłam; takżeś umiał mnie zawdzięczyć!
Tryumf nad miękkim sercem serce twe zatwardził;
Żeś je zdobył zbyt łacno, zbyt prędkoś nim wzgardził!
Dobrze mi tak! Lecz straszną nauczona probą,
Wierz mi, iż więcej niż ty gardzę sama sobą!»
«Telimeno — Tadeusz rzekł — dalbóg nietwarde
Mam serce ani ciebie unikam przez wzgardę;
Ale uważ no sama, wszak nas widzą, śledzą,
Czyż można tak otwarcie? cóż ludzie powiedzą?
Wszak to nieprzyzwoicie, to dalbóg jest grzechem».
«Grzechem! — odpowiedziała mu z gorzkim uśmiechem —
Niewiniątko! baranek! Ja, będąc kobiétą,
Jeśli z miłości nie dbam, choćby mnie odkryto,
Choćby mnie osławiono; a ty, ty mężczyzna?
Cóż szkodzi z was któremu, chociaż się i przyzna,
Że ma romans z dziesięciu razem kochankami?
Mów prawdę: chcesz mnie rzucić?» Zalała się łzami.
«Telimeno, cóż by świat mówił o człowieku —
Rzekł Tadeusz — który by teraz, w moim wieku,
Zdrów, żył na wsi, kochał się: kiedy tyle młodzi,
Tylu żonatych od żon, od dzieci uchodzi
Za granicę, pod znaki narodowe bieży?
Choćbym chciał zostać, czy to ode mnie zależy?
Ojciec mnie testamentem kazał, abym służył
W wojsku polskim, teraz stryj ten rozkaz powtórzył:
Jutro jadę, zrobiłem już postanowienie,
I dalbóg, Telimeno, już go nie odmienię.
«Ja — rzekła Telimena — nie chcę ci zagradzać Drogi do sławy, szczęściu twojemu przeszkadzać!
Jesteś mężczyzną, znajdziesz kochankę godniejszą
Serca twojego, znajdziesz bogatszą, piękniejszą!
Tylko dla mej pociechy, niech wiem przed rozstaniem,
Że twoja skłonność była prawdziwym kochaniem,
Że to nie był żart tylko, nie rozpusta płocha,
Lecz miłość; niech wiem, że mnie mój Tadeusz kocha!
Niech słowo »kocham« jeszcze raz z ust twych usłyszę,
Niech je w sercu wyryję i w myśli zapiszę.
Przebaczę łacniej, chociaż przestaniesz mnie kochać,
Pomnąc jakoś mnie kochał!» I zaczęła szlochać.
Tadeusz, widząc że tak płacze i tak błaga
Czule, i tylko takiej drobnostki wymaga,
Wzruszył się, przejęły go szczery żal i litość,
I jeżeliby badał serca swego skrytość,
Może by się w tej chwili i sam nie dowiedział,
Czyli ją kochał, czy nie, więc żywo powiedział:
«Telimeno, bogdaj mnie jasny piorun ubił,
Jeśli nie prawda, żem cię, dalbóg, bardzo lubił,
Czy kochał. Krótkie z sobą spędziliśmy chwile,
Ale one mnie przeszły tak słodko, tak mile,
Że będą długo, zawsze myśli mej przytomne,
I dalibóg, że nigdy ciebie nie zapomnę».
Telimena skoczywszy padła mu na szyję: «Tegom się spodziewała! Kochasz mnie, więc żyję!
Bo dzisiaj miałam dni me własną ręką skrócić;
Gdy mnie kochasz mój drogi, czyż możesz mnie rzucić?
Tobie oddałam serce, oddam ci majątek,
Pójdę za tobą wszędzie; każdy świata kątek
Będzie mnie z tobą miły! Z najdzikszej pustyni
Miłość, wierzaj mi, ogród rozkoszy uczyni».
Tadeusz, wydarłszy się z objęcia przemocą: «Jak to? — rzekł — czyś z rozumu obrana? gdzie? po co?
Jechać za mną? Ja, będąc sam prostym żołnierzem,
Włóczyć, czy markietankę?» — «To my się pobierzem»
Rzekła mu Telimena. «Nie, nigdy! — zawoła
Tadeusz.— Ja żenić się nie mam teraz zgoła
Zamiaru, ni kochać się. Fraszki! dajmy pokój!
Proszę cię, moja droga, rozmyśl się! uspokój!
Ja jestem tobie wdzięczen, ale niepodobna
Żenić się. Kochajmy się, ale tak — z osobna.
Zostać dłużej nie mogę; nie, nie, jechać muszę.
Bądź zdrowa, Telimeno moja; jutro ruszę».
Rzekł, nasuwał kapelusz, odwracał się bokiem,
Chcąc iść; lecz go wstrzymała Telimena okiem
I twarzą, jak Meduzy głową. Musiał zostać
Mimowolnie; poglądał z trwogą na jej postać:
Stała blada, bez ruchu, bez tchu i bez życia; Aż wyciągając rękę jak miecz do przebicia,
Z palcem zmierzonym prosto w Tadeusza oczy:
«Tego chciałam! — krzyknęła — ha, języku smoczy!
Serce jaszczurcze! To nic, żem tobą zajęta
Wzgardziła Asesora, Hrabię i Rejenta,
Żeś mnie uwiodł i teraz porzucił sierotę,
To nic! Jesteś mężczyzną, znam waszą niecnotę,
Wiem, że jak inni, tak ty mógłbyś wiarę złamać,
Lecz nie wiedziałam, że tak podle umiesz kłamać!
Słuchałam pode drzwiami stryja! Więc to dziecko, Zosia, wpadła ci w oko i na nią zdradziecko
Dybiesz? Zaledwieś jedną nieszczęsną oszukał,
A jużeś pod jej okiem nowych ofiar szukał!
Uciekaj, lecz cię moje dosięgną przekleństwa —
Lub zostań, wydam światu twoje bezeceństwa;
Twe sztuki już nie zwiodą innych, jak mnie zwiodły!
Precz! gardzę tobą! jesteś kłamca, człowiek podły!»
Na obelgę śmiertelną dla uszu szlachcica,
I której żaden nigdy nie słyszał Soplica,
Zadrżał Tadeusz, twarz mu pobladła jak trupia,
Tupnąwszy nogą, usta ścisnąwszy, rzekł: «Głupia!»
Kunszt - "Pan Tadeusz"
Katarzyna Nowak
Created on February 24, 2021
Start designing with a free template
Discover more than 1500 professional designs like these:
View
Modern Presentation
View
Terrazzo Presentation
View
Colorful Presentation
View
Modular Structure Presentation
View
Chromatic Presentation
View
City Presentation
View
News Presentation
Explore all templates
Transcript
Ks. VII, w. 5250-5279«Cicho! skądże ta cała nowina pochodzi? Jak daleko Francuzi? kto nimi dowodzi? Czy już wojnę zaczęli z Moskwą? gdzie i o co? Którędy mają ciągnąć? z jaką idą mocą? Wiele piechoty, jazdy? Kto wie, niechaj gada!» Milczała patrząc na się kolejno gromada. «Radziłbym — rzecze Prusak — czekać bernardyna Robaka, bo od niego pochodzi nowina; Tymczasem posłać pewnych szpiegów nad granicę, I po cichu uzbrajać całą okolicę, A tymczasem ostrożnie całą rzecz prowadzić, Aby Moskalom naszych zamiarów nie zdradzić».
«He! czekać? szczekać? zwlekać?» przerwał Maciej drugi Ochrzczony Kropicielem, od wielkiej maczugi, Którą zwał Kropidełkiem. Miał ją dziś przy sobie; Stanął za nią, na gałce zwiesił ręce obie, Na ręku oparł brodę, krzycząc: «Czekać! zwlekać! Sejmikować! Hem, trem, brem, a potem uciekać! Ja w Prusach nie bywałem; rozum królewiecki Dobry dla Prus, a u mnie jest rozum szlachecki. To wiem: że kto chce bić się, niech Kropidło chwyta; Kto umierać, ten księdza niech woła, i kwita! Ja chcę żyć, bić! Bernardyn po co? czy my żaki? Co mi tam Robak: otóż, my będziem robaki, I dalej Moskwę toczyć! Trem, brem, szpiegi, wzwiady; Wiecie wy, co to znaczy? Oto, że wy dziady, Niedołęgi! He, bracia, to wyżła rzecz tropić, Bernardyńska kwestować, a moja rzecz: kropić; Kropić, kropić i kwita!» Tu maczugę głasnął, Za nim cały tłum szlachty «Kropić, kropić!» wrzasnął.
Ks. VII, w. 5490-5501«Wszystkich was — kończył Klucznik — biorę tu na świadki,Czy Robak nie powiadał, że wprzód nim przyjmiecie W dom wasz Napoleona, trzeba wymieść śmiecie? Słyszeliście to wszyscy: a czy rozumiecie? Któż jest śmieciem powiatu? Kto zdradziecko zabił Najlepszego z Polaków, kto go okradł, zgrabił? I jeszcze chce ostatki wydrzeć z rąk dziedzica? Któż to? Mamże wam gadać?» «A już ci Soplica — Przerwał Konewka — to łotr» «Oj, to ciemiężyciel» Pisnął Brzytewka — «Więc go kropić!» dodał Chrzciciel; «Jeśli zdrajca — rzekł Buchman — więc na szubienicę!» «Hejże! — krzyknęli wszyscy — hejże na Soplicę!»
Ks. VIII, w. 6154-6268Tadeusz cicho wyszedł, opuściwszy głowę, Rozbierał w myśli przykrą ze stryjem rozmowę: Pierwszy raz połajany tak ostro!… Ocenił Słuszność wyrzutów, sam się przed sobą rumienił. Co począć? jeśli Zosia o wszystkim się dowie? Prosić o rękę? a cóż Telimena powie? Nie, czuł, że nie mógł dłużej zostać w Soplicowie.
Gdy mu coś drogę zaszło; spojrzał: widzi marę, Całą w bieliźnie, długą, wysmukłą i cienką. Suwała się ku niemu z wyciągniętą ręką, Od której odbijał się drżący blask miesięczny, I przystąpiwszy, cicho jęknęła: «Niewdzięczny! Szukałeś wzroku mego, teraz go unikasz; Szukałeś rozmów ze mną, dziś uszy zamykasz, Jakby w słowach, we wzroku mym była trucizna! Dobrze mi tak, wiedziałam, kto jesteś: mężczyzna!
Nie znając kokieterii, nie chciałam cię dręczyć, Uszczęśliwiłam; takżeś umiał mnie zawdzięczyć! Tryumf nad miękkim sercem serce twe zatwardził; Żeś je zdobył zbyt łacno, zbyt prędkoś nim wzgardził! Dobrze mi tak! Lecz straszną nauczona probą, Wierz mi, iż więcej niż ty gardzę sama sobą!» «Telimeno — Tadeusz rzekł — dalbóg nietwarde Mam serce ani ciebie unikam przez wzgardę; Ale uważ no sama, wszak nas widzą, śledzą, Czyż można tak otwarcie? cóż ludzie powiedzą? Wszak to nieprzyzwoicie, to dalbóg jest grzechem».
«Grzechem! — odpowiedziała mu z gorzkim uśmiechem — Niewiniątko! baranek! Ja, będąc kobiétą, Jeśli z miłości nie dbam, choćby mnie odkryto, Choćby mnie osławiono; a ty, ty mężczyzna? Cóż szkodzi z was któremu, chociaż się i przyzna, Że ma romans z dziesięciu razem kochankami? Mów prawdę: chcesz mnie rzucić?» Zalała się łzami. «Telimeno, cóż by świat mówił o człowieku — Rzekł Tadeusz — który by teraz, w moim wieku, Zdrów, żył na wsi, kochał się: kiedy tyle młodzi, Tylu żonatych od żon, od dzieci uchodzi Za granicę, pod znaki narodowe bieży? Choćbym chciał zostać, czy to ode mnie zależy? Ojciec mnie testamentem kazał, abym służył W wojsku polskim, teraz stryj ten rozkaz powtórzył: Jutro jadę, zrobiłem już postanowienie, I dalbóg, Telimeno, już go nie odmienię.
«Ja — rzekła Telimena — nie chcę ci zagradzać Drogi do sławy, szczęściu twojemu przeszkadzać! Jesteś mężczyzną, znajdziesz kochankę godniejszą Serca twojego, znajdziesz bogatszą, piękniejszą! Tylko dla mej pociechy, niech wiem przed rozstaniem, Że twoja skłonność była prawdziwym kochaniem, Że to nie był żart tylko, nie rozpusta płocha, Lecz miłość; niech wiem, że mnie mój Tadeusz kocha! Niech słowo »kocham« jeszcze raz z ust twych usłyszę, Niech je w sercu wyryję i w myśli zapiszę. Przebaczę łacniej, chociaż przestaniesz mnie kochać, Pomnąc jakoś mnie kochał!» I zaczęła szlochać.
Tadeusz, widząc że tak płacze i tak błaga Czule, i tylko takiej drobnostki wymaga, Wzruszył się, przejęły go szczery żal i litość, I jeżeliby badał serca swego skrytość, Może by się w tej chwili i sam nie dowiedział, Czyli ją kochał, czy nie, więc żywo powiedział: «Telimeno, bogdaj mnie jasny piorun ubił, Jeśli nie prawda, żem cię, dalbóg, bardzo lubił, Czy kochał. Krótkie z sobą spędziliśmy chwile, Ale one mnie przeszły tak słodko, tak mile, Że będą długo, zawsze myśli mej przytomne, I dalibóg, że nigdy ciebie nie zapomnę».
Telimena skoczywszy padła mu na szyję: «Tegom się spodziewała! Kochasz mnie, więc żyję! Bo dzisiaj miałam dni me własną ręką skrócić; Gdy mnie kochasz mój drogi, czyż możesz mnie rzucić? Tobie oddałam serce, oddam ci majątek, Pójdę za tobą wszędzie; każdy świata kątek Będzie mnie z tobą miły! Z najdzikszej pustyni Miłość, wierzaj mi, ogród rozkoszy uczyni».
Tadeusz, wydarłszy się z objęcia przemocą: «Jak to? — rzekł — czyś z rozumu obrana? gdzie? po co? Jechać za mną? Ja, będąc sam prostym żołnierzem, Włóczyć, czy markietankę?» — «To my się pobierzem» Rzekła mu Telimena. «Nie, nigdy! — zawoła Tadeusz.— Ja żenić się nie mam teraz zgoła Zamiaru, ni kochać się. Fraszki! dajmy pokój! Proszę cię, moja droga, rozmyśl się! uspokój! Ja jestem tobie wdzięczen, ale niepodobna Żenić się. Kochajmy się, ale tak — z osobna. Zostać dłużej nie mogę; nie, nie, jechać muszę. Bądź zdrowa, Telimeno moja; jutro ruszę». Rzekł, nasuwał kapelusz, odwracał się bokiem, Chcąc iść; lecz go wstrzymała Telimena okiem I twarzą, jak Meduzy głową. Musiał zostać Mimowolnie; poglądał z trwogą na jej postać:
Stała blada, bez ruchu, bez tchu i bez życia; Aż wyciągając rękę jak miecz do przebicia, Z palcem zmierzonym prosto w Tadeusza oczy: «Tego chciałam! — krzyknęła — ha, języku smoczy! Serce jaszczurcze! To nic, żem tobą zajęta Wzgardziła Asesora, Hrabię i Rejenta, Żeś mnie uwiodł i teraz porzucił sierotę, To nic! Jesteś mężczyzną, znam waszą niecnotę, Wiem, że jak inni, tak ty mógłbyś wiarę złamać, Lecz nie wiedziałam, że tak podle umiesz kłamać!
Słuchałam pode drzwiami stryja! Więc to dziecko, Zosia, wpadła ci w oko i na nią zdradziecko Dybiesz? Zaledwieś jedną nieszczęsną oszukał, A jużeś pod jej okiem nowych ofiar szukał! Uciekaj, lecz cię moje dosięgną przekleństwa — Lub zostań, wydam światu twoje bezeceństwa; Twe sztuki już nie zwiodą innych, jak mnie zwiodły! Precz! gardzę tobą! jesteś kłamca, człowiek podły!» Na obelgę śmiertelną dla uszu szlachcica, I której żaden nigdy nie słyszał Soplica, Zadrżał Tadeusz, twarz mu pobladła jak trupia, Tupnąwszy nogą, usta ścisnąwszy, rzekł: «Głupia!»