Anna Fijołek 2h
Pamiętnik Kordiana
Posępne myśli krążyły cały czas po mojej głowie. Śmierć przyjaciela wywołała we mnie dużą ilość sprzecznych uczuć. Człowiek bez konkretnego celu w życiu zaczyna się gubić oraz zatracać, dlatego i ja rozmyślałem nad sensem istnienia. Porównałem własną duszę do pogody, która mnie otaczała, liście z drzew opadały razem ze mną, wiatr targał mną i emocjami, które kryłem w środku. Byłem uschnięty jak kwiaty, które roztaczały się wokół, a moja dusza była rozdarta jak kartka papieru. W tle rozlegał się dźwięk kościelnego dzwonu, który zaczął dudnić mi w głowie. Błagałem Boga o ukojenie i harmonię, obawy i lęk jednak nie znikały, a mój niepokój i uczucie tęsknoty tylko wzrastały. Lęk mnie pokonał, nie potrafiłem przestać myśleć nad marnością życia, nawoływałem o duszę. Bo czymże jest życie bez duszy, która jest jak tchnienie i usposobienie człowieka. Egzystencja sprawiała mi ból, którego nie potrafiłem opisać. Istnienie było w tym momencie o wiele cięższe od śmierci, a rzeczywistość, na którą patrzyłem, była bezbarwna. Wewnętrzna pustka była większa niż poczucie zrozumienia, zaczynałem czuć się przez to odrealniony, przez co miałem wrażenie, jakbym spadał w dół. Lecz miałem nadzieję, że to właśnie Bóg będzie moim światłem w tunelu, więc usilnie prosiłem, aby wskazał mi cel, żebym mógł za nim podążać.
Ogród mimo jesiennej pory wyglądał dobrze, nie było czuć dużego chłodu. Wiatr sprawiał, że liście opadały z drzew, delikatnie mierzwił też ubrania i włosy. Pogoda była w sam raz na spacer, toteż razem z Laurą na takowy się wybrałem. Grzegorza pozostawiliśmy z końmi, a sami zaczęliśmy kroczyć lipową aleją. Długo milczeliśmy, lecz kiedy kobieta zaczęła rozmowę, nie chciałem jej odpowiadać. Żywiłem do niej uczucia, które były nieodwzajemnione, a ona była dla mnie nieosiągalna, spoglądała na mnie od zawsze z lekkim cynizmem. Spytała mnie o nazwę mojej gwiazdy, uznałem więc, że powinna ona nazywać się przyszłość. Nie wiedziałem, gdzie ona się znajduje czy jaka może być. Codziennie na nowo musiałem jej wypatrywać, jakby z każdym dniem się oddalała i była coraz to bardziej tajemnicza, i niewidoczna. Kiedy Laura spoczęła na ławce, usiadłem u jej stóp i zacząłem opowiadać o swoich przyszłych losach. Tracąc zmysły, uniosłem się gwałtownie, prosząc Boga o litość. Błagałem, aby się nade mną zlitował. Przeprosiłem moją towarzyszkę, ponieważ moja rozpacz przestraszyła ją. Kontynuowałem rozmowę, tym razem o Bogu. Kolejny raz miałem nadzieję, że wskaże mi cel, którym będę mógł kroczyć. Marzyłem, żeby Pan ukazał mi moje przeznaczenie, żebym wiedział, czym mogę się kierować. Moja umiłowana nie rozumiała moich marzeń, odjechała wraz z Grzegorzem, zostawiając mnie w ogrodzie samego. Alienacja źle na mnie oddziaływała, w samotności czułem się bardziej zrozpaczony niż zwykle. Pragnąłem tylko śmierci, chciałem, aby przeminął cały ból i nastała światłość. Przykładając sobie pistolet do czoła, spojrzałem śmierci prosto w oczy, lecz doszedłem do wniosku, że nie zginę w tym miejscu, muszę wybrać inne.
Przemierzając Dover, doszedłem do morza i przysiadłem na skale. Widok, który roztaczał się wokół mnie był wprost magiczny i niewyobrażalny. Czytałem jedną z książek Szekspira - „Króla Lear". Ludzie, którzy pojawiali się w księdze i przebywali u brzegu morza, byli jak mrówki, a okręty z trzema wielkimi masztami spoczywały w porcie. Studiowałem fragment z ukazaniem piany toczącej się z morza i kiedy otworzyłem oczy, potrafiłem przenieść ten obraz na otaczającą mnie rzeczywistość. Słyszałem wiatr targający żagle statków, szumiące i szalejące fale, które odbijały się z głośnym hukiem od klifów. W oddali piętrzyła się burza, która powolnie zbliżała się do portu. Przestałem czytać i zacząłem rozmyślać nad słowami książki, dochodząc do wniosku, że autor miał bardzo ciekawy światopogląd oraz większe możliwości niż sam Bóg. Lecz po chwili zrozumiałem, że nie powinienem wyobrażać sobie siebie jako twórcy dzieła, które miałem w ręku. Bliżej było mi do człowieka, który zbierał chwasty, a nie do autora, który miał większe perspektywy i umiejętności niż Pan. Zawsze wiedziałem, że jest przepaść między poezją, a rzeczywistością, ale nie zdawałem sobie sprawy, jak duża. Przekonałem się o tym właśnie w tym momencie. Być może nigdy nie będę wzorem i cudotwórcą, lecz zwykłym i prostym mężczyzną, który będzie musiał ciężko pracować.
Majestatyczne Włochy były przepełnione dużymi i zgrabnymi willami. W jednej z nich znajdowałem się ja razem z piękną Włoszką - Wiolettą. Za oknem rozciągał się widok na śliczną i zacną okolicę. Salon wewnątrz zapełniony był dużą ilością luster oraz wazonami w kolorze ognia, które były wypełnione kwiatami. W swych ramionach trzymałem kobietę, prawiłem jej komplementy i wychwalałem ją. W zamian ona mówiła, że mnie kocha, że dla mnie porzuciła Boga oraz lorda. Wystarczyło jednak, że wspomniałem o brylantach, żeby moja miła pobiegła sprawdzić, czy są one na miejscu. Ale ich tam nie było, przegrałem je dnia wcześniejszego, a moja luba wpadła w rozpacz. Przekonałem ją, żeby pojechała ze mną, dzięki złotym podkowom konia. Jazda nie trwała zbyt długo, na drodze publicznej koń upadł. Jego podkowy były za słabo przybite, więc pogubił je w trakcie wyprawy. Wioletta ze złością ubliżała mi i po chwili odbiegła. Zrozumiałem w tym momencie, że wcale nie chodziło jej o mnie, lecz o mój majątek. Przebywała ze mną, aby mnie uwieść, nie żywiła do mnie żadnych uczuć. Kobiety były zdolne do wszystkiego, mogły zrobić wszystko dla pieniędzy, nie wiadomo było, kiedy są szczere i czy można im ufać. Prawdziwa miłość przestała mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie i nie potrafiłem już w nią wtedy uwierzyć.
Wszedłem do sporej sali, spoglądając na krzesło ustawione pośrodku niej. Spoczywał na nim Papież odziany w złociste pantofle, spoglądał na trójnóg ustawiony obok. Trójnóg był złoty i biło od niego blaskiem, a na nim usadowiona była papuga o czerwonej szyi. Gdy drzwi za mną zamknęły się, podszedłem do Papieża i ucałowałem jego stopę. Kiedy Ojciec Święty mówił coś o kraju, ja skupiłem się na tym, co chcę mu przekazać. Polska pochłonęła tysiące ludzi, zatem przyniosłem ziemię polską w darze, prosząc, aby mężczyzna przede mną schował ją z innymi cennymi darami od Carów. Zostałem jednak spławiony i powiedziano mi, aby Polacy zaczęli się modlić i czcić carów. Niedorzeczne! Nie zostałem potraktowany na poważnie, rozkazano mi, aby mój naród zaczął czytać księgę z biblijnymi psalmami oraz pracował na polu. Komentarze nieznośnej papugi doprowadzały mnie do szału. W przypływie złości wyrzuciłem w powietrze ziemię, którą trzymałem w ręce. Biały Ojciec w gniewie spojrzał na mnie i zaczął wyklinać mój kraj. Groził klątwą, którą rzuci na Polaków, ale też ostrzegał przed walką, która mogłaby się odbyć. Wyszedłem z sali bez słowa. Wiem, że zbrukałem tym Kościół, lecz wolałem wrócić do ojczyzny z hańbą na ustach niż przyjąć do serca rady, które usłyszałem.
Stałem z założonymi rękami na wysokim szczycie góry Mont Blanc, rozglądając się uważnie. Spojrzałem z lękiem w przepaść, poczułem się jakbym spadał i latał między chmurami. W oddali widziałem las pełen sosen i dębów spowity mgłą, morze, które wydawało się z tej odległości tylko małą i ledwo zauważalną plamką. Przy innej górze widziałem też ptaki, które krążyły w kółko, a u jej stóp rzekę. W tym wszystkim widziałem też swój cel. Mogłem iść i obudzić ludzi, przekonać ich do walki, rozpalić w nich iskierkę nadziei. Wierzyłem, że mogłem to zrobić i miałem taką szansę. Po chwili jednak znów poczułem jak wewnątrz mnie rośnie niepokój i zawahanie. Przepaść była, na swój sposób, kusząca. Pochłonęłaby mnie całego, być może byłoby to łatwiejsze. Ale jednak chyba nic nie mogło równać się z chęcią walki, a co dopiero wygranej. W tym oto momencie uwierzyłem. Poczułem, że żyję i wiedziałem, że w końcu mam swój cel i muszę do niego dążyć. Choćby Polska miała upaść i się poświęcić, wierzyłem, że jak Winkelried, powstanie i ukształtuje się jeszcze silniejsza. Przeniosłem się na chmurze wprost do mego rodzinnego kraju, aby wrócić do swoich. Biegłem czym prędzej, aby rozbudzić i zagrzać ludzi do starcia. Czekałem długo na tę chwilę, lecz chciałem być w pełni na to gotowy, teraz byłem.
Pod postacią Podchorążego dostałem się do lochów kościoła św. Jana. Tego dnia miało odbyć się głosowanie, które zaważyło o śmierci cara. Z całych sił starałem się zachęcić pozostałych do zabicia człowieka, ktory wyrządził wiele krzywd. Uważałem, że zemsta w jego przypadku była jedynym właściwiym rozwiązaniem. Prezes oraz ksiądz byli przeciwni temu, starając się udowodnić, że zemsta nie jest wyjściem oraz, że w tym wypadku trzeba by zabić więcej osób, żeby odzyskać kraj. Wtedy podniósł się starzec, który śmiało powiedział, że jeśli zabiją całą carską rodzinę, wtedy on weźmie winę na siebie oraz swoje dzieci, a kiedy stanie przed Bogiem w dniu ostatecznym zda się na jego łaskę. Błogosławiłem go, licząc, że przekona on tym czynem więcej osób. W trakcie mojego kolejnego przemówienia ktoś chciał wejść na spotkanie, lecz nie znał hasła. Okazało się, że był to szpieg, więc kazałem zakopać jego ciało. Chwilę później rozpoczęło się głosowanie. Byłem załamany ile osób zagłosowało za zabiciem. Padło tylko pięć kul, a więc zacząłem podejrzewać, że być może wśród nas są zdrajcy. W złości zrzuciłem swą maskę z twarzy, aby ukazać swoje oblicze i oddać się w ich ręce. Podjąłem wtedy decyzję o tym, że to ja mogę być tym, który poświęci się i zgładzi cara. Wszyscy oprócz prezesa wyszli, a on zauważył, że miałem gorączkę i próbował mnie powstrzymać. Było to na nic, obłąkanie, które miałem w sobie było zbyt duże, więc kiedy wybiła jedenasta, wybiegłem.
Zbrodni miałem dokonać będąc na swojej warcie w zamku, Przechodziłem z pokoju do pokoju, mijając marmurowe kolumny i trzymając w ręku karabin. Kroczyłem korytarzem, żeby dotrzeć do komnaty cara. W oddali widziałem prawidłowe drzwi, spod których biło słabe światło. W jednym momencie przemówił do mnie ktoś stanowczym głosem. Nikogo nie widziałem, lecz głos kazał mi spojrzeć w miejsce, które pokazuje palcem, zatem spojrzałem. Zobaczyłem wtedy mój strach i własną wyobraźnię, która próbowała powstrzymać mnie od tego, co miało za chwilę nastąpić. Po chwili jednak, kiedy przetarłem oczy, widma zniknęły, a ja mogłem iść dalej. Znalazłem się w ciemnym pokoju, w którym były dwie pary drzwi. Jedna prowadziła do gabinetu konferencyjnego, lecz kiedy miałem iść dalej, kolejne widma pojawiły mi się przed oczami. Nakłaniano mnie do patrzenia na koronę carską, znajdującą się na złotym trójnogu. Nie mogłem odwrócić od niej wzroku, widziałem skapującą krew z jej ostrych końców, jakby ktoś nią ugodził drugą osobę. Wszedłem do kolejnego pomieszczenia i tak znalazłem się w sali tronowej. Ciemne okna przysłaniały widok na świat, lecz na niebie nie było żadnych gwiazd. Światło wychodzące z carskiej komnaty było coraz bardziej wyraźne, odbijało się od posadzki niczym księżyc w jeziorze. Głos w mej głowie, kusił mnie, abym się obrócił, toteż uczyniłem. Widziałem rosnące drzewa. Rośliny te widziały i słyszały, ich liście były niczym ludzkie uszy, a kwiaty jak oczy człowieka. Głos w głowie zwabił mnie do okien, przez które ujrzałem kościół. Wychodził z niego nawał trupów, niosących świece. Powiedziano mi, że zmierzają one do cara, być może chciały go zabić tak samo jak ja. Z komnaty wyszedł diabeł, od którego czuć było woń krwi. Straszydło nie zamordowało władcy, bo zbyt podobny był do ojca diabła. Usłyszałem wnet dzwonów bicie, które wzmogło okropnie mój lęk i przerażenie. Czułem, jak ktoś wbija mi w ucho sztylet, przebijając się na wylot i rozszarpując wszystkie tkanki. Później ujrzałem cara który, pytał mnie, kto rozkazał go zabić. Mówiłem, że widzę trupy w oknach, które próbują przedostać się do środka. Ostatnie co pamiętam, to żołnierzy, którzy przyszli na rozkaz, mieli mnie stamtąd zabrać.
Leżałem na łóżku, majacząc od gorączki, wokół siebie widziałem kraty. W oddali słyszałem czyjąś rozmowę, ale ciężko było mi stwierdzić czyją. Po chwili głosy ucichły, a obok mnie pojawił się jakiś człowiek. Nie wiedziałem kim był, ani co do mnie mówił. Nie rozumiałem nic z jego słów, ale mężczyzna przyznał, że kiedy ja chciałem zabić cara, on znajdował się w jego komnacie i podlewał drzewa, które miały oczy, uszy i języki. Rozmawiałem z nim o Bogu i Piśmie Świętym. Mówił mi o Trójcy Świętej i o tworzeniu świata, a Ziemię porównywał do orzecha w łupinie. Uznałem, że łże, toteż zawołałem dwóch więźniów na potwierdzenie swoich słów. Jeden z nich czuł, jakby był krzyżem, do którego przybili Chrystusa. Drugi za to myślał, że podtrzymuje niebiosa i dzięki niemu, niebo nie spada nam na głowy. Mój rozmówca uważał, że oboje poświęcili się, ale to była bzdura. I jeden, i drugi oszalał. Towarzysz wmówić mi chciał, że to ja jestem szaleńcem, że nikt o zdrowych zmysłach nie porywa się na zabicie widma. Wtedy zorientowałem się, że to nie człowiek, a szatan, który próbował wmówić mi, że jestem chory. Chciał, abym cierpiał i próbował zabić we mnie moją ostatnią nadzieję i ostatni promień światła w mej duszy. Wtedy do celi wszedł Książę Konstanty z żołnierzami i rozkazał zabrać mnie na śmierć i męki. Diabeł, który siedział obok, zniknął, a mnie zaczęto ubierać w mundur. Po tym wszystkim wyprowadzono mnie na zewnątrz.
Przebywałem w izbie klasztornej, która traktowana była jako więzienie. Skazany na śmierć, rozmawiałem z Księdzem Zakonnym, a po pokoju chodził Grzegorz. Padł przede mną ze łzami w oczach, a ja prosiłem, aby modlił się za mnie. Klęknąłem i ja, aby ksiądz mógł mnie wyspowiadać, nakazał mi abym się modlił. Uznał on za grzech, że nie miałem nikogo bliskiego na Ziemi oraz, że chciałbym, aby naród o mnie pamiętał. Stwierdził, że specjalnie dla mnie zasadzi w ogrodzie różę i nazwie ją moim imieniem, aby cokolwiek po mnie zostało. Żałowałem, że nigdy nie próbowałem bardziej poznać Ziemi, że nigdy nie byłem nią zaciekawiony. Wiedziałem, że już nigdy nie ujrzę wielu rzeczy. Kwiatu, którego nie miałem nigdy okazji zobaczyć, czy usłyszeć czystego dźwięku nowej struny. Była jedna rzecz, której nie żałowałem, tego, że nie znałem ludzi. Grzegorz przerwał odmawianie pacierza i wspomniał o nocy, w której próbowałem popełnić samobójstwo w lesie. Przerwałem mu, nie chciałem o tym słuchać. Mężczyzna zdecydował, że swojego wnuka będzie nazywał moim imieniem. Do środka wszedł zapłakany ksiądz razem z Oficerem. Dowiedziałem się, że mają mnie rozstrzelać. Grzegorz upadł na kolana, więc wziąłem jego głowę w dłonie i ucałowałem. Życząc mu zdrowia, jako memu wiernemu słudze, wyszedłem, gotowy na to, co miało mnie spotkać.
Pamiętnik Kordiana
a.fijolek3
Created on January 29, 2021
Start designing with a free template
Discover more than 1500 professional designs like these:
View
Smart Presentation
View
Practical Presentation
View
Essential Presentation
View
Akihabara Presentation
View
Pastel Color Presentation
View
Visual Presentation
View
Relaxing Presentation
Explore all templates
Transcript
Anna Fijołek 2h
Pamiętnik Kordiana
Posępne myśli krążyły cały czas po mojej głowie. Śmierć przyjaciela wywołała we mnie dużą ilość sprzecznych uczuć. Człowiek bez konkretnego celu w życiu zaczyna się gubić oraz zatracać, dlatego i ja rozmyślałem nad sensem istnienia. Porównałem własną duszę do pogody, która mnie otaczała, liście z drzew opadały razem ze mną, wiatr targał mną i emocjami, które kryłem w środku. Byłem uschnięty jak kwiaty, które roztaczały się wokół, a moja dusza była rozdarta jak kartka papieru. W tle rozlegał się dźwięk kościelnego dzwonu, który zaczął dudnić mi w głowie. Błagałem Boga o ukojenie i harmonię, obawy i lęk jednak nie znikały, a mój niepokój i uczucie tęsknoty tylko wzrastały. Lęk mnie pokonał, nie potrafiłem przestać myśleć nad marnością życia, nawoływałem o duszę. Bo czymże jest życie bez duszy, która jest jak tchnienie i usposobienie człowieka. Egzystencja sprawiała mi ból, którego nie potrafiłem opisać. Istnienie było w tym momencie o wiele cięższe od śmierci, a rzeczywistość, na którą patrzyłem, była bezbarwna. Wewnętrzna pustka była większa niż poczucie zrozumienia, zaczynałem czuć się przez to odrealniony, przez co miałem wrażenie, jakbym spadał w dół. Lecz miałem nadzieję, że to właśnie Bóg będzie moim światłem w tunelu, więc usilnie prosiłem, aby wskazał mi cel, żebym mógł za nim podążać.
Ogród mimo jesiennej pory wyglądał dobrze, nie było czuć dużego chłodu. Wiatr sprawiał, że liście opadały z drzew, delikatnie mierzwił też ubrania i włosy. Pogoda była w sam raz na spacer, toteż razem z Laurą na takowy się wybrałem. Grzegorza pozostawiliśmy z końmi, a sami zaczęliśmy kroczyć lipową aleją. Długo milczeliśmy, lecz kiedy kobieta zaczęła rozmowę, nie chciałem jej odpowiadać. Żywiłem do niej uczucia, które były nieodwzajemnione, a ona była dla mnie nieosiągalna, spoglądała na mnie od zawsze z lekkim cynizmem. Spytała mnie o nazwę mojej gwiazdy, uznałem więc, że powinna ona nazywać się przyszłość. Nie wiedziałem, gdzie ona się znajduje czy jaka może być. Codziennie na nowo musiałem jej wypatrywać, jakby z każdym dniem się oddalała i była coraz to bardziej tajemnicza, i niewidoczna. Kiedy Laura spoczęła na ławce, usiadłem u jej stóp i zacząłem opowiadać o swoich przyszłych losach. Tracąc zmysły, uniosłem się gwałtownie, prosząc Boga o litość. Błagałem, aby się nade mną zlitował. Przeprosiłem moją towarzyszkę, ponieważ moja rozpacz przestraszyła ją. Kontynuowałem rozmowę, tym razem o Bogu. Kolejny raz miałem nadzieję, że wskaże mi cel, którym będę mógł kroczyć. Marzyłem, żeby Pan ukazał mi moje przeznaczenie, żebym wiedział, czym mogę się kierować. Moja umiłowana nie rozumiała moich marzeń, odjechała wraz z Grzegorzem, zostawiając mnie w ogrodzie samego. Alienacja źle na mnie oddziaływała, w samotności czułem się bardziej zrozpaczony niż zwykle. Pragnąłem tylko śmierci, chciałem, aby przeminął cały ból i nastała światłość. Przykładając sobie pistolet do czoła, spojrzałem śmierci prosto w oczy, lecz doszedłem do wniosku, że nie zginę w tym miejscu, muszę wybrać inne.
Przemierzając Dover, doszedłem do morza i przysiadłem na skale. Widok, który roztaczał się wokół mnie był wprost magiczny i niewyobrażalny. Czytałem jedną z książek Szekspira - „Króla Lear". Ludzie, którzy pojawiali się w księdze i przebywali u brzegu morza, byli jak mrówki, a okręty z trzema wielkimi masztami spoczywały w porcie. Studiowałem fragment z ukazaniem piany toczącej się z morza i kiedy otworzyłem oczy, potrafiłem przenieść ten obraz na otaczającą mnie rzeczywistość. Słyszałem wiatr targający żagle statków, szumiące i szalejące fale, które odbijały się z głośnym hukiem od klifów. W oddali piętrzyła się burza, która powolnie zbliżała się do portu. Przestałem czytać i zacząłem rozmyślać nad słowami książki, dochodząc do wniosku, że autor miał bardzo ciekawy światopogląd oraz większe możliwości niż sam Bóg. Lecz po chwili zrozumiałem, że nie powinienem wyobrażać sobie siebie jako twórcy dzieła, które miałem w ręku. Bliżej było mi do człowieka, który zbierał chwasty, a nie do autora, który miał większe perspektywy i umiejętności niż Pan. Zawsze wiedziałem, że jest przepaść między poezją, a rzeczywistością, ale nie zdawałem sobie sprawy, jak duża. Przekonałem się o tym właśnie w tym momencie. Być może nigdy nie będę wzorem i cudotwórcą, lecz zwykłym i prostym mężczyzną, który będzie musiał ciężko pracować.
Majestatyczne Włochy były przepełnione dużymi i zgrabnymi willami. W jednej z nich znajdowałem się ja razem z piękną Włoszką - Wiolettą. Za oknem rozciągał się widok na śliczną i zacną okolicę. Salon wewnątrz zapełniony był dużą ilością luster oraz wazonami w kolorze ognia, które były wypełnione kwiatami. W swych ramionach trzymałem kobietę, prawiłem jej komplementy i wychwalałem ją. W zamian ona mówiła, że mnie kocha, że dla mnie porzuciła Boga oraz lorda. Wystarczyło jednak, że wspomniałem o brylantach, żeby moja miła pobiegła sprawdzić, czy są one na miejscu. Ale ich tam nie było, przegrałem je dnia wcześniejszego, a moja luba wpadła w rozpacz. Przekonałem ją, żeby pojechała ze mną, dzięki złotym podkowom konia. Jazda nie trwała zbyt długo, na drodze publicznej koń upadł. Jego podkowy były za słabo przybite, więc pogubił je w trakcie wyprawy. Wioletta ze złością ubliżała mi i po chwili odbiegła. Zrozumiałem w tym momencie, że wcale nie chodziło jej o mnie, lecz o mój majątek. Przebywała ze mną, aby mnie uwieść, nie żywiła do mnie żadnych uczuć. Kobiety były zdolne do wszystkiego, mogły zrobić wszystko dla pieniędzy, nie wiadomo było, kiedy są szczere i czy można im ufać. Prawdziwa miłość przestała mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie i nie potrafiłem już w nią wtedy uwierzyć.
Wszedłem do sporej sali, spoglądając na krzesło ustawione pośrodku niej. Spoczywał na nim Papież odziany w złociste pantofle, spoglądał na trójnóg ustawiony obok. Trójnóg był złoty i biło od niego blaskiem, a na nim usadowiona była papuga o czerwonej szyi. Gdy drzwi za mną zamknęły się, podszedłem do Papieża i ucałowałem jego stopę. Kiedy Ojciec Święty mówił coś o kraju, ja skupiłem się na tym, co chcę mu przekazać. Polska pochłonęła tysiące ludzi, zatem przyniosłem ziemię polską w darze, prosząc, aby mężczyzna przede mną schował ją z innymi cennymi darami od Carów. Zostałem jednak spławiony i powiedziano mi, aby Polacy zaczęli się modlić i czcić carów. Niedorzeczne! Nie zostałem potraktowany na poważnie, rozkazano mi, aby mój naród zaczął czytać księgę z biblijnymi psalmami oraz pracował na polu. Komentarze nieznośnej papugi doprowadzały mnie do szału. W przypływie złości wyrzuciłem w powietrze ziemię, którą trzymałem w ręce. Biały Ojciec w gniewie spojrzał na mnie i zaczął wyklinać mój kraj. Groził klątwą, którą rzuci na Polaków, ale też ostrzegał przed walką, która mogłaby się odbyć. Wyszedłem z sali bez słowa. Wiem, że zbrukałem tym Kościół, lecz wolałem wrócić do ojczyzny z hańbą na ustach niż przyjąć do serca rady, które usłyszałem.
Stałem z założonymi rękami na wysokim szczycie góry Mont Blanc, rozglądając się uważnie. Spojrzałem z lękiem w przepaść, poczułem się jakbym spadał i latał między chmurami. W oddali widziałem las pełen sosen i dębów spowity mgłą, morze, które wydawało się z tej odległości tylko małą i ledwo zauważalną plamką. Przy innej górze widziałem też ptaki, które krążyły w kółko, a u jej stóp rzekę. W tym wszystkim widziałem też swój cel. Mogłem iść i obudzić ludzi, przekonać ich do walki, rozpalić w nich iskierkę nadziei. Wierzyłem, że mogłem to zrobić i miałem taką szansę. Po chwili jednak znów poczułem jak wewnątrz mnie rośnie niepokój i zawahanie. Przepaść była, na swój sposób, kusząca. Pochłonęłaby mnie całego, być może byłoby to łatwiejsze. Ale jednak chyba nic nie mogło równać się z chęcią walki, a co dopiero wygranej. W tym oto momencie uwierzyłem. Poczułem, że żyję i wiedziałem, że w końcu mam swój cel i muszę do niego dążyć. Choćby Polska miała upaść i się poświęcić, wierzyłem, że jak Winkelried, powstanie i ukształtuje się jeszcze silniejsza. Przeniosłem się na chmurze wprost do mego rodzinnego kraju, aby wrócić do swoich. Biegłem czym prędzej, aby rozbudzić i zagrzać ludzi do starcia. Czekałem długo na tę chwilę, lecz chciałem być w pełni na to gotowy, teraz byłem.
Pod postacią Podchorążego dostałem się do lochów kościoła św. Jana. Tego dnia miało odbyć się głosowanie, które zaważyło o śmierci cara. Z całych sił starałem się zachęcić pozostałych do zabicia człowieka, ktory wyrządził wiele krzywd. Uważałem, że zemsta w jego przypadku była jedynym właściwiym rozwiązaniem. Prezes oraz ksiądz byli przeciwni temu, starając się udowodnić, że zemsta nie jest wyjściem oraz, że w tym wypadku trzeba by zabić więcej osób, żeby odzyskać kraj. Wtedy podniósł się starzec, który śmiało powiedział, że jeśli zabiją całą carską rodzinę, wtedy on weźmie winę na siebie oraz swoje dzieci, a kiedy stanie przed Bogiem w dniu ostatecznym zda się na jego łaskę. Błogosławiłem go, licząc, że przekona on tym czynem więcej osób. W trakcie mojego kolejnego przemówienia ktoś chciał wejść na spotkanie, lecz nie znał hasła. Okazało się, że był to szpieg, więc kazałem zakopać jego ciało. Chwilę później rozpoczęło się głosowanie. Byłem załamany ile osób zagłosowało za zabiciem. Padło tylko pięć kul, a więc zacząłem podejrzewać, że być może wśród nas są zdrajcy. W złości zrzuciłem swą maskę z twarzy, aby ukazać swoje oblicze i oddać się w ich ręce. Podjąłem wtedy decyzję o tym, że to ja mogę być tym, który poświęci się i zgładzi cara. Wszyscy oprócz prezesa wyszli, a on zauważył, że miałem gorączkę i próbował mnie powstrzymać. Było to na nic, obłąkanie, które miałem w sobie było zbyt duże, więc kiedy wybiła jedenasta, wybiegłem.
Zbrodni miałem dokonać będąc na swojej warcie w zamku, Przechodziłem z pokoju do pokoju, mijając marmurowe kolumny i trzymając w ręku karabin. Kroczyłem korytarzem, żeby dotrzeć do komnaty cara. W oddali widziałem prawidłowe drzwi, spod których biło słabe światło. W jednym momencie przemówił do mnie ktoś stanowczym głosem. Nikogo nie widziałem, lecz głos kazał mi spojrzeć w miejsce, które pokazuje palcem, zatem spojrzałem. Zobaczyłem wtedy mój strach i własną wyobraźnię, która próbowała powstrzymać mnie od tego, co miało za chwilę nastąpić. Po chwili jednak, kiedy przetarłem oczy, widma zniknęły, a ja mogłem iść dalej. Znalazłem się w ciemnym pokoju, w którym były dwie pary drzwi. Jedna prowadziła do gabinetu konferencyjnego, lecz kiedy miałem iść dalej, kolejne widma pojawiły mi się przed oczami. Nakłaniano mnie do patrzenia na koronę carską, znajdującą się na złotym trójnogu. Nie mogłem odwrócić od niej wzroku, widziałem skapującą krew z jej ostrych końców, jakby ktoś nią ugodził drugą osobę. Wszedłem do kolejnego pomieszczenia i tak znalazłem się w sali tronowej. Ciemne okna przysłaniały widok na świat, lecz na niebie nie było żadnych gwiazd. Światło wychodzące z carskiej komnaty było coraz bardziej wyraźne, odbijało się od posadzki niczym księżyc w jeziorze. Głos w mej głowie, kusił mnie, abym się obrócił, toteż uczyniłem. Widziałem rosnące drzewa. Rośliny te widziały i słyszały, ich liście były niczym ludzkie uszy, a kwiaty jak oczy człowieka. Głos w głowie zwabił mnie do okien, przez które ujrzałem kościół. Wychodził z niego nawał trupów, niosących świece. Powiedziano mi, że zmierzają one do cara, być może chciały go zabić tak samo jak ja. Z komnaty wyszedł diabeł, od którego czuć było woń krwi. Straszydło nie zamordowało władcy, bo zbyt podobny był do ojca diabła. Usłyszałem wnet dzwonów bicie, które wzmogło okropnie mój lęk i przerażenie. Czułem, jak ktoś wbija mi w ucho sztylet, przebijając się na wylot i rozszarpując wszystkie tkanki. Później ujrzałem cara który, pytał mnie, kto rozkazał go zabić. Mówiłem, że widzę trupy w oknach, które próbują przedostać się do środka. Ostatnie co pamiętam, to żołnierzy, którzy przyszli na rozkaz, mieli mnie stamtąd zabrać.
Leżałem na łóżku, majacząc od gorączki, wokół siebie widziałem kraty. W oddali słyszałem czyjąś rozmowę, ale ciężko było mi stwierdzić czyją. Po chwili głosy ucichły, a obok mnie pojawił się jakiś człowiek. Nie wiedziałem kim był, ani co do mnie mówił. Nie rozumiałem nic z jego słów, ale mężczyzna przyznał, że kiedy ja chciałem zabić cara, on znajdował się w jego komnacie i podlewał drzewa, które miały oczy, uszy i języki. Rozmawiałem z nim o Bogu i Piśmie Świętym. Mówił mi o Trójcy Świętej i o tworzeniu świata, a Ziemię porównywał do orzecha w łupinie. Uznałem, że łże, toteż zawołałem dwóch więźniów na potwierdzenie swoich słów. Jeden z nich czuł, jakby był krzyżem, do którego przybili Chrystusa. Drugi za to myślał, że podtrzymuje niebiosa i dzięki niemu, niebo nie spada nam na głowy. Mój rozmówca uważał, że oboje poświęcili się, ale to była bzdura. I jeden, i drugi oszalał. Towarzysz wmówić mi chciał, że to ja jestem szaleńcem, że nikt o zdrowych zmysłach nie porywa się na zabicie widma. Wtedy zorientowałem się, że to nie człowiek, a szatan, który próbował wmówić mi, że jestem chory. Chciał, abym cierpiał i próbował zabić we mnie moją ostatnią nadzieję i ostatni promień światła w mej duszy. Wtedy do celi wszedł Książę Konstanty z żołnierzami i rozkazał zabrać mnie na śmierć i męki. Diabeł, który siedział obok, zniknął, a mnie zaczęto ubierać w mundur. Po tym wszystkim wyprowadzono mnie na zewnątrz.
Przebywałem w izbie klasztornej, która traktowana była jako więzienie. Skazany na śmierć, rozmawiałem z Księdzem Zakonnym, a po pokoju chodził Grzegorz. Padł przede mną ze łzami w oczach, a ja prosiłem, aby modlił się za mnie. Klęknąłem i ja, aby ksiądz mógł mnie wyspowiadać, nakazał mi abym się modlił. Uznał on za grzech, że nie miałem nikogo bliskiego na Ziemi oraz, że chciałbym, aby naród o mnie pamiętał. Stwierdził, że specjalnie dla mnie zasadzi w ogrodzie różę i nazwie ją moim imieniem, aby cokolwiek po mnie zostało. Żałowałem, że nigdy nie próbowałem bardziej poznać Ziemi, że nigdy nie byłem nią zaciekawiony. Wiedziałem, że już nigdy nie ujrzę wielu rzeczy. Kwiatu, którego nie miałem nigdy okazji zobaczyć, czy usłyszeć czystego dźwięku nowej struny. Była jedna rzecz, której nie żałowałem, tego, że nie znałem ludzi. Grzegorz przerwał odmawianie pacierza i wspomniał o nocy, w której próbowałem popełnić samobójstwo w lesie. Przerwałem mu, nie chciałem o tym słuchać. Mężczyzna zdecydował, że swojego wnuka będzie nazywał moim imieniem. Do środka wszedł zapłakany ksiądz razem z Oficerem. Dowiedziałem się, że mają mnie rozstrzelać. Grzegorz upadł na kolana, więc wziąłem jego głowę w dłonie i ucałowałem. Życząc mu zdrowia, jako memu wiernemu słudze, wyszedłem, gotowy na to, co miało mnie spotkać.