PamiętnikKordiana
Moja głowa jest pełna myśli. Bez ładu i składu przewijają się przez mój umysł. Moje uczucia bez harmonii. Nie znam celu swej drogi. Nie wiem dokąd zmierzam, ani jaki jest mój cel. Jest cicho i zimno. Świat w mych oczach umiera. Nic nie wydaje się takie samo. Wszystko stało się inne, jakby sama natura mówiła mi, że coś jest inaczej, że coś się zmieniło. Nie czuję się dobrze. Jestem przytłoczony. Chciałbym by Bóg zdjął z mego serca ten niepokój, który mi ciąży. Chcę dowiedzieć się co jest celem mego smutnego życia. Potrzebuję myśli. Jednej ogromnej myśli, która rozpali mą duszę i nada sensu. Chcę oddać się tej myśli całkowicie, poświęcić się jej aż do końca mych dni z nadzieją, że wypełnię powierzony mi cel.
Piękny ogród. Słowo piękny idealnie go opisuje, ale ważniejsze jest to, iż towarzyszy mi Laura. Nadal dręczą mnie myśli. Razem z moją Panią patrzymy po niebie, wypatrując gwiazd naszych. Laura sądzi, że czeka mnie przyszłość świetlana. Głupia, że śmie tak sądzić. Zawisnę na niebie, pomiędzy tymi gwiazdami, gdy moja dusza umęczona skona. Gdzie jest mój anioł przeczucia, którego tak oczekuje? Straciłem me uczucia, pragnienia i chęci. Laura patrzy na mnie jak na szaleńca. Może nim właśnie się stałem, zagubiony i szalony. Jest taka naiwna i niewinna. Myśli, że przyszłość przyniesie coś dobrego. Ach, moja Lauro. Mój duch chce się wyrwać, rozłożyć skrzydła i lecieć w błękit nieba. Ciało me słabe i umysł pordzewiały. Moja Pani odchodzi, być może przerażona, ale i oszołomiona. Ze wzgardą patrzy na mnie, z myślą pewną żem oszalał. Myśli moje wśród gwiazd krążą. Dołączę do nich, będę szybować wśród nich, wolny od trosk. Chwila zawahania, wystarczy jeden strzał, niewiele mi brakuje. Zrobiłbym to, me cierpienie by się zakończyło. Byłbym wreszcie wolny. Lufa zimna niczym me od dawna umarłe serce. Znajdę lepsze miejsce. Piękną, odludną łąkę.
- Oto jestem na białym klifie w Dover. Otchłań przede mną wielka rozciągniona. Przepaść spogląda na mnie wielkimi oczyma. Wszystko wydaje się stąd takie małe. Widoki piękne, lecz jest coś piękniejszego. Ta rzeczywistość nie przystaje do piękna literatury i genialnych umysłów. Rzeczywistość jest piękna, ale nie aż tak by zaspokoić me pragnienia. Świat realny jest brutalny. Pozbawiony wspaniałości, która jest w literaturze. Rzeczywistość jest wybrakowana, nie to co poezja. Doskonała, fantastyczna i zupełnie inna. Nie brutalna, a delikatna. Świat poezji wydaje się zbyt idealny w zderzeniu ze światem realnym.
Z piękną włoszką Wiolettą czas mój spędziłem. Cóż to była za kobieta! Piękna i namiętna. Tak mnie zapewniała o swej miłości. Ilekroć zapytałem, żarliwie zarzekała się o swym uczuciu. Jakże głupi byłem, że znowu dałem się oszukać rzeczywistości. Podstępem ją podszedłem i dowiedziałem się wszystkiego. Na klejnotach jej bardziej ode mnie zależało. Poszła, tą drogą prostą szukając kosztowności. Gorycz mnie pali. Kochanka moja fałszywą się okazała. Znowu się przeliczyłem. Świat jest jednak gorzki. Przeklęła mnie kochanka, śmierci zażyczyła. Więc niech tak będzie. Pozory mnie zmyliły, udawała swe uczucie. Dlaczego znowu mnie to spotyka? Prawdziwa miłość to mrzonka i ułuda. Sam się zwieść dałem tej miłości. Uczucie fałszywe i bolesne. Rani to me i tak pęknięte na pół serce. Kolejna powód by zostawić to wszystko w tyle i nie oglądać się za siebie.
Watykan, duchowne miasto. Na audiencję do Papieża ruszyłem, chcąc złożyć mu w darze ziemię Polską. Znowu się rozczarowałem. Papież nawet nie interesuje się sytuacją kraju naszego. Nie pobłogosławił. Mało tego, nakazał pobożne życie pod ręką cara. Pokornie trwać pod jego rządami, pod groźbą klątwy. Ojciec Święty po stronie Rosji prawosławnej się opowiedział. Cóż za zakłamanie, cóż za niewiedza. Jak ja mam wierzyć w prawdę i nie czuć goryczy, gdy nawet Papież niegodziwy się okazał. Żeby wzgardzić ziemią naszą i oddać hołd carskiej Rosji. Osoba Święta, głowa katolickiego kościoła, odmawia błogosławieństwa i grozi klątwą buntownikom cara? W jakim ja świecie żyję. Gorycz znowu wypełnia me serce. Nie wiem już co jest prawdą, a co kłamstwem. Czuje się przytłoczony tymi wszystkimi fałszerstwami. Prawda miesza się z kłamstwem, a to co powinno być słuszne, już takie nie jest.
Stoję na najwyższym Europy szczycie patrząc w przepaść. Modlitwy stąd płyną do Boga wraz z myślami różnymi. Piękny widok, wzbiłbym się na wyżyny, lub też mogę rzucić się w te lodowe szczeliny. Uczucia me po drodze zgubiłem, klejnotami miłość kupiłem chwilową, a ma wiara umarła u progu Watykanu. Coś się zmieniło, czuję w sobie życie. Myśl mnie jakaś rozpala, mocno rozogniona. Nowe uczucie, sam nie wiem jakie. Poczułem chęć, której z dawna nie czułem. Stanę się kimś, kto poniesie lud ku wolności. Moc mnie rozpiera, niespotykane zjawisko. Górski błękit mnie rozpalił. Polska powstanie, to ma idea, powiodę ją ku chwale. Zginę, ale dla ojczyzny. To jest właśnie moje powołanie, ocalę mą ojczyznę poświęcając własne życie. Stanę na czele i powiodę tłumy. Ostatnią mą wartością, w którą wciąż wierzę jest Ojczyzna. Męczy mnie jednak świadomość okrutna, jestem słaby, ale inspiracja mnie jakaś dopada. Bohaterem zostanę i z uśmiechem na ustach zginę broniąc prawdy.
W podziemiach kościoła trwa dyskusja. Poświęcę wszystko Narodowi Polskiemu. Krew i me życie. Kolejny myśli żem jest obłąkany. Zostanę zbrodniarzem haniebnym. Zabiję cara. Innego wyjścia nie ma. Głupcy, zdradzony się czuję. Głupota ludzka mnie dołuję. Nie chcą dopuścić się tego czynu. Sam więc tam pójdę i dokonam tego. Chcą czekać cierpliwie, aż cud się wydarzy. Ha! Ja tego cudu dokonam, choćbym miał zginąć pod gilotyną. Oswobodzę Polskę spod ciężkiej ręki. Nie ma na co czekać, trzeba działać. Przyrzekłem sobie w obliczu Boga, iż tego dokonam, choć miałbym skonać. Dali się omamić kilkoma słowami tego starca. Ale ja się nie dam. Pokażę im, że to co robię jest słuszne i prawe. Że jest to jedyna do wolności droga, a każdy kto myśli inaczej jest w błędzie. Nadchodzę, godzina jeszcze młoda, ale nie ma co zwlekać.
Chyba jednak oszalałem, stoję w korytarzu pod drzwiami cara. Widzę jakieś widmo, mare senną. Potwory i stwory widzę pod stopami, a obrazy na ścianach wirują oczętami. Dość wystarczy tego, cel jest mój jeden. Bagnet zanurzyć w piersi cara okrutnego. Wchodzę do komnaty. Widma mnie dręczą, nie wytrzymam tego dłużej, muszę dokonać celu. Ale jak w tej ciemności, dostrzec cokolwiek oprócz tych mar wstrętnych i obrzydliwych. Wyjdę stąd martwy albo żywy, lecz pomszczę ojczyznę moją i uwolnię spod jarzma okrutnego. Boję się, gotowy nie jestem, lecz muszę. Przyrzekłem, iż dokonam tego, więc nie złamię obietnicy. Nie wytrzymam tego dłużej, ciemność mnie ogarnia. Padłem na ziemię. Przebudzam się na chwilę, ból czuję na ręce i jakąś postać nade mną wiszącą. Bełkot z mych ust się wydobywa, a potem znów ciemność nastaje.
- Gorączka me ciało pali. Szatan chciał mnie zwieść, moją duszę do piekła zapętać. Znowu ktoś mnie chciał oszukać. Sam Szatan do mnie przyszedł, chcąc zniszczyć ostatni nadziei promień. Ha! Niedoczekanie twoje. Plany twe niecne przejrzałem czarci ogonie. Boże uratuj mnie z tej udręki. Szatan mnie chcę pochwycić w swe sidła, Boże uwolnij mnie choćby śmiercią od tego człowieka. Nie pozwól, aby ostatnia moja nadzieja runęła. Nie ugnę się twym sztuczkom szatańskim, nie teraz ani nigdy. Możesz próbować, ile chcesz, ja nie ulegnę. Bóg mnie ma swojej opiece trzyma. Zginę, ale Ci się nie oddam. Carskie sługi przyszły po mnie, zabrać mnie na plac Saski, gdzie oddam się w końcu w Boże łaski. Przyjmij mą duszę i uchroń przed diabłem. W mundur mnie ubrali, przed carem mam stanąć, niech zakończy się ta pewna niepewności droga. Stanę przed sądem ostatecznym z głową podniesioną głową wysoko, bo czegóż mam być w życiu pewny bardziej niż śmierci?
Spędzam swe chwile ostatnie w więzieniu zimnym. Grzegorz towarzyszy mi w mej ostatniej godzinie. Ksiądz przyszedł na duchu mnie podnieść. Czy tak właśnie wygląda koniec mej drogi? Zostanę zapomniany? Nikt po mnie płakać nie będzie? Śladu po mnie nie zostanie na świecie? Nawet najmniejszego? Choć spokojniejszy jestem po zapewnieniach Grzegorza, że nazwie swego wnuka imieniem moim. Oby lepszy wiódł żywot niż ja i oby lepiej skończył. Wiadomym jest, że i jego dopadną śmierci macki, tak jak każdego kiedyś choćby w czasie przechadzki. Bezlitosna jest jej natura. Cicha i nieposkromiona, nawet nie wiesz, gdy dopadnie twego żywota. Łatwiej mi umierać ze świadomością, że gdzieś w klasztorze zakwitnie róża, moim imieniem opatrzona. Chociaż tyle mojego dziedzictwa zostanie, zapomniany do końca nie zostanę. Moją śmiercią dzisiaj jest rozstrzelanie. Przyszli po mnie, czuję śmierci macki zaciskające się wokół mnie, ale niech tak się stanie. Zginę przez rozstrzelanie.
Pamiętnik Kordiana
Weronika Wilinska
Created on January 29, 2021
Start designing with a free template
Discover more than 1500 professional designs like these:
View
Vaporwave presentation
View
Animated Sketch Presentation
View
Memories Presentation
View
Pechakucha Presentation
View
Decades Presentation
View
Color and Shapes Presentation
View
Historical Presentation
Explore all templates
Transcript
PamiętnikKordiana
Moja głowa jest pełna myśli. Bez ładu i składu przewijają się przez mój umysł. Moje uczucia bez harmonii. Nie znam celu swej drogi. Nie wiem dokąd zmierzam, ani jaki jest mój cel. Jest cicho i zimno. Świat w mych oczach umiera. Nic nie wydaje się takie samo. Wszystko stało się inne, jakby sama natura mówiła mi, że coś jest inaczej, że coś się zmieniło. Nie czuję się dobrze. Jestem przytłoczony. Chciałbym by Bóg zdjął z mego serca ten niepokój, który mi ciąży. Chcę dowiedzieć się co jest celem mego smutnego życia. Potrzebuję myśli. Jednej ogromnej myśli, która rozpali mą duszę i nada sensu. Chcę oddać się tej myśli całkowicie, poświęcić się jej aż do końca mych dni z nadzieją, że wypełnię powierzony mi cel.
Piękny ogród. Słowo piękny idealnie go opisuje, ale ważniejsze jest to, iż towarzyszy mi Laura. Nadal dręczą mnie myśli. Razem z moją Panią patrzymy po niebie, wypatrując gwiazd naszych. Laura sądzi, że czeka mnie przyszłość świetlana. Głupia, że śmie tak sądzić. Zawisnę na niebie, pomiędzy tymi gwiazdami, gdy moja dusza umęczona skona. Gdzie jest mój anioł przeczucia, którego tak oczekuje? Straciłem me uczucia, pragnienia i chęci. Laura patrzy na mnie jak na szaleńca. Może nim właśnie się stałem, zagubiony i szalony. Jest taka naiwna i niewinna. Myśli, że przyszłość przyniesie coś dobrego. Ach, moja Lauro. Mój duch chce się wyrwać, rozłożyć skrzydła i lecieć w błękit nieba. Ciało me słabe i umysł pordzewiały. Moja Pani odchodzi, być może przerażona, ale i oszołomiona. Ze wzgardą patrzy na mnie, z myślą pewną żem oszalał. Myśli moje wśród gwiazd krążą. Dołączę do nich, będę szybować wśród nich, wolny od trosk. Chwila zawahania, wystarczy jeden strzał, niewiele mi brakuje. Zrobiłbym to, me cierpienie by się zakończyło. Byłbym wreszcie wolny. Lufa zimna niczym me od dawna umarłe serce. Znajdę lepsze miejsce. Piękną, odludną łąkę.
Z piękną włoszką Wiolettą czas mój spędziłem. Cóż to była za kobieta! Piękna i namiętna. Tak mnie zapewniała o swej miłości. Ilekroć zapytałem, żarliwie zarzekała się o swym uczuciu. Jakże głupi byłem, że znowu dałem się oszukać rzeczywistości. Podstępem ją podszedłem i dowiedziałem się wszystkiego. Na klejnotach jej bardziej ode mnie zależało. Poszła, tą drogą prostą szukając kosztowności. Gorycz mnie pali. Kochanka moja fałszywą się okazała. Znowu się przeliczyłem. Świat jest jednak gorzki. Przeklęła mnie kochanka, śmierci zażyczyła. Więc niech tak będzie. Pozory mnie zmyliły, udawała swe uczucie. Dlaczego znowu mnie to spotyka? Prawdziwa miłość to mrzonka i ułuda. Sam się zwieść dałem tej miłości. Uczucie fałszywe i bolesne. Rani to me i tak pęknięte na pół serce. Kolejna powód by zostawić to wszystko w tyle i nie oglądać się za siebie.
Watykan, duchowne miasto. Na audiencję do Papieża ruszyłem, chcąc złożyć mu w darze ziemię Polską. Znowu się rozczarowałem. Papież nawet nie interesuje się sytuacją kraju naszego. Nie pobłogosławił. Mało tego, nakazał pobożne życie pod ręką cara. Pokornie trwać pod jego rządami, pod groźbą klątwy. Ojciec Święty po stronie Rosji prawosławnej się opowiedział. Cóż za zakłamanie, cóż za niewiedza. Jak ja mam wierzyć w prawdę i nie czuć goryczy, gdy nawet Papież niegodziwy się okazał. Żeby wzgardzić ziemią naszą i oddać hołd carskiej Rosji. Osoba Święta, głowa katolickiego kościoła, odmawia błogosławieństwa i grozi klątwą buntownikom cara? W jakim ja świecie żyję. Gorycz znowu wypełnia me serce. Nie wiem już co jest prawdą, a co kłamstwem. Czuje się przytłoczony tymi wszystkimi fałszerstwami. Prawda miesza się z kłamstwem, a to co powinno być słuszne, już takie nie jest.
Stoję na najwyższym Europy szczycie patrząc w przepaść. Modlitwy stąd płyną do Boga wraz z myślami różnymi. Piękny widok, wzbiłbym się na wyżyny, lub też mogę rzucić się w te lodowe szczeliny. Uczucia me po drodze zgubiłem, klejnotami miłość kupiłem chwilową, a ma wiara umarła u progu Watykanu. Coś się zmieniło, czuję w sobie życie. Myśl mnie jakaś rozpala, mocno rozogniona. Nowe uczucie, sam nie wiem jakie. Poczułem chęć, której z dawna nie czułem. Stanę się kimś, kto poniesie lud ku wolności. Moc mnie rozpiera, niespotykane zjawisko. Górski błękit mnie rozpalił. Polska powstanie, to ma idea, powiodę ją ku chwale. Zginę, ale dla ojczyzny. To jest właśnie moje powołanie, ocalę mą ojczyznę poświęcając własne życie. Stanę na czele i powiodę tłumy. Ostatnią mą wartością, w którą wciąż wierzę jest Ojczyzna. Męczy mnie jednak świadomość okrutna, jestem słaby, ale inspiracja mnie jakaś dopada. Bohaterem zostanę i z uśmiechem na ustach zginę broniąc prawdy.
W podziemiach kościoła trwa dyskusja. Poświęcę wszystko Narodowi Polskiemu. Krew i me życie. Kolejny myśli żem jest obłąkany. Zostanę zbrodniarzem haniebnym. Zabiję cara. Innego wyjścia nie ma. Głupcy, zdradzony się czuję. Głupota ludzka mnie dołuję. Nie chcą dopuścić się tego czynu. Sam więc tam pójdę i dokonam tego. Chcą czekać cierpliwie, aż cud się wydarzy. Ha! Ja tego cudu dokonam, choćbym miał zginąć pod gilotyną. Oswobodzę Polskę spod ciężkiej ręki. Nie ma na co czekać, trzeba działać. Przyrzekłem sobie w obliczu Boga, iż tego dokonam, choć miałbym skonać. Dali się omamić kilkoma słowami tego starca. Ale ja się nie dam. Pokażę im, że to co robię jest słuszne i prawe. Że jest to jedyna do wolności droga, a każdy kto myśli inaczej jest w błędzie. Nadchodzę, godzina jeszcze młoda, ale nie ma co zwlekać.
Chyba jednak oszalałem, stoję w korytarzu pod drzwiami cara. Widzę jakieś widmo, mare senną. Potwory i stwory widzę pod stopami, a obrazy na ścianach wirują oczętami. Dość wystarczy tego, cel jest mój jeden. Bagnet zanurzyć w piersi cara okrutnego. Wchodzę do komnaty. Widma mnie dręczą, nie wytrzymam tego dłużej, muszę dokonać celu. Ale jak w tej ciemności, dostrzec cokolwiek oprócz tych mar wstrętnych i obrzydliwych. Wyjdę stąd martwy albo żywy, lecz pomszczę ojczyznę moją i uwolnię spod jarzma okrutnego. Boję się, gotowy nie jestem, lecz muszę. Przyrzekłem, iż dokonam tego, więc nie złamię obietnicy. Nie wytrzymam tego dłużej, ciemność mnie ogarnia. Padłem na ziemię. Przebudzam się na chwilę, ból czuję na ręce i jakąś postać nade mną wiszącą. Bełkot z mych ust się wydobywa, a potem znów ciemność nastaje.
Spędzam swe chwile ostatnie w więzieniu zimnym. Grzegorz towarzyszy mi w mej ostatniej godzinie. Ksiądz przyszedł na duchu mnie podnieść. Czy tak właśnie wygląda koniec mej drogi? Zostanę zapomniany? Nikt po mnie płakać nie będzie? Śladu po mnie nie zostanie na świecie? Nawet najmniejszego? Choć spokojniejszy jestem po zapewnieniach Grzegorza, że nazwie swego wnuka imieniem moim. Oby lepszy wiódł żywot niż ja i oby lepiej skończył. Wiadomym jest, że i jego dopadną śmierci macki, tak jak każdego kiedyś choćby w czasie przechadzki. Bezlitosna jest jej natura. Cicha i nieposkromiona, nawet nie wiesz, gdy dopadnie twego żywota. Łatwiej mi umierać ze świadomością, że gdzieś w klasztorze zakwitnie róża, moim imieniem opatrzona. Chociaż tyle mojego dziedzictwa zostanie, zapomniany do końca nie zostanę. Moją śmiercią dzisiaj jest rozstrzelanie. Przyszli po mnie, czuję śmierci macki zaciskające się wokół mnie, ale niech tak się stanie. Zginę przez rozstrzelanie.