Want to create interactive content? It’s easy in Genially!
Nieznane przygody Świętego Mikołaja
Ewa Bąbolewska
Created on December 17, 2020
Start designing with a free template
Discover more than 1500 professional designs like these:
View
Animated Chalkboard Presentation
View
Genial Storytale Presentation
View
Blackboard Presentation
View
Psychedelic Presentation
View
Chalkboard Presentation
View
Witchcraft Presentation
View
Sketchbook Presentation
Transcript
Nieznane przygody Świętego Mikołaja
Nieznane przygody Świętego Mikołaja
Z wielką przyjemnością prezentuję Wam tę wyjątkową Książkę, która powstała z najładniejszych prac nadesłanych na konkurs zorganizowany przez bibliotekę Zespołu Szkół Szpitalnych w Szczecinie. Jej autorami są Uczniowie szczecińskich szkół podstawowych wraz ze swoimi Rodzicami i Nauczycielami, którzy postanowili w ten sposób zrobić prezent na Święta dla wszystkich dzieci, a zwłaszcza tych, które będą musiały ten czas spędzić w szpitalu. Opowiadania, które tu znajdziecie, są dłuższe lub krótsze, ale w każdym z nich jest to "coś" - czasem zaskoczą wyobraźnią autora, a czasem bardzo dojrzałym spojrzeniem na poważne problemy, niektóre są zabawne, inne wzruszające. Są i takie, które potrafią poruszyć jednym naprawdę mądrym zdaniem. Życzę przyjemnej lektury! - pani bibliotekarka - redaktor
Spis treści
1. Hania ratuje Świętego Mikołaja
2. O Weronice, która chciała pomóc Świętemu Mikołajowi
3. Magiczna zagroda
4. Magia latających sań
5. Nieznane przygody Świętego Mikołaja
6. Najszybszy zaprzęg świata
7. Pomocna dłoń
8. Świąteczny koci sen
9. Mikołaj czyli jak zostać świętym
10. Świąteczna zamiana ról
11. Mikołaj na koniu?
12. Święty Mikołaj (Jak elfy zostały pomocnikami Świętego Mikołaja)
13. Pączuś
14. Zniszczona fabryka zabawek
15. Nieznana historia Świętego Mikołaja
16. Święty Mikołaj i magia świąt
17. Opowiadanie
18. Jak się ożeniłem
19. Ty też możesz być "Świętym Mikołajem"
20. Świąteczna Magia
21. Tajemniczy Mikołaj
22. Mikołaj i misja "Ratować Święta!"
23. Spełnione marzenie
24. Pewnego razu...
25. Święty Mikołaj we własnej osobie
26.Prawdziwa magia Świąt
27. Mam na imię Mikołaj
28.Magia przebaczania
29. Mikołaj i wirus
- Nie Mikołaju, nie dawaj mi prezentów, oddaj je innym dzieciom w szpitalu – powiedziała Hania. - Ja mam sporo zabawek, które mi w zupełności wystarczą. A one na pewno się ucieszą i choć na chwilę zapomną o swojej chorobie.
Hania ratuje Świętego Mikołaja
Była sobie dziewczynka imieniem Hania. Mieszkała w małej wsi i podobno była tam najweselszą dziewczynką. Mieszkała z mamą Małgosią i tatą Tomkiem. Miała dwie koleżanki: Izę i Maję. Bardzo lubiła się z nimi bawić. Miała też swój pokój na poddaszu domu. Nie był ani duży, ani mały, taki w sam raz. Miała tam łóżko, półkę na zabawki, oraz biurko, a na podłodze leżał duży dywan w kwiatki. W jej domu było zawsze wesoło, choć każdy dzień wyglądał podobnie. Rano mama robiła śniadanie dla Hani, potem tatuś zabierał Hanię do przedszkola (bo była już dużą dziewczynką, miała w końcu pięć lat). Po siedmiu godzinach odbierała ją mama, a po przyjściu do domu Hania bawiła się w swoim pokoju. Robiła przerwę na obiad, deser i kolację. Potem przebierała się w piżamę, myła zęby i kładła się spać do swojego łóżeczka.
Tam gdzie mieszkała dziewczynka nie było wcale cicho. Co to, to nie! Na wiejskim podwórku był ciągle gwar i zamieszanie. Mama Hani hodowała zwierzęta: miała konie, owce, kury, świnki i inne zwierzęta. Wszystkie zwierzęta trzeba było karmić, a one za to odpłacały się różnymi rzeczami. Mijał dzień za dniem, aż w końcu nadeszła Wigilia, czyli dzień przed Bożym Narodzeniem. Cała rodzina przygotowywała się do Bożego Narodzenia. Hania jak zwykle robiła to co wszystkie dzieci, czyli ubierała choinkę, rozwieszała skarpetki przy kominku i przyglądała się jak tata przywiesza gwiazdę na czubku choinki. Gdy nadszedł zmrok to Hania jak zwykle poszła spać, ale nie mogła zasnąć. Tatuś i mamusia już zasnęli, a dziewczynka ciągle się wierciła w swoim łóżku. Nagle usłyszała jakiś świst i gwizd. Przestraszyła się , ale odważnie zeszła na dół po schodach i usłyszała słowa:
- Oj, oj, oj, najadłem się za dużo ciasteczek!- mówił jakiś głos grubym basem. Hania podeszła do kominka, wsadziła tam głowę, spojrzała do góryi zobaczyła wielkie, wystające nogi.
- Co to?- powiedziała - Święty Mikołaj?! - Ojej, pomóż mi dziewczynko! - krzyknął Święty Mikołaj. - Już pomagam, tylko wezmę linę!- powiedziała Hania. Szybko przyniosła linę, którą znalazła w szpargałach taty i przywiązała ją do nogi Mikołaja. Mocno zaparła się i zaczęła ciągnąć. - Yyyy! - stękała Hania, ale nie poddawała się. W końcu się udało! - To na pewno ty!?- upewniała się dziewczynka. - Tak, to ja, Święty Mikołaj! Dziękuję Ci, że mnie uratowałaś! Prawie utknąłem w tym kominie, a mam jeszcze dużo prezentów do rozdania. Może mi pomożesz? - Tak pomogę, pomogę z przyjemnością – powiedziała dziewczynka.
- Mikołaju, a czy mogę cię jeszcze o coś poprosić? - Tak tak, mów śmiało! - Chciałam Cię poprosić o zdrowie dla wszystkich dzieci. - Ho, ho, da się zrobić! - wesoło odpowiedział Mikołaj. Hania i Święty Mikołaj wsiedli do sań i zaczęli rozwozić prezenty. Za każdym razem lądowali na dachu domu, w którym mieszkały jakieś dzieci. Ponieważ musieli przeciskać się przez wiele kominów Hania obawiała się o swojego towarzysza. - Obyś znowu tu nie utknął! - zażartowała. - Oby, oby – powiedział Mikołaj. - Będę z całej siły wciągał swój brzuch! Zostawiali prezenty, zjadali pierniki, które stały na małym stoliku, wypijali mleko i karmili marchewkami renifery.
To był bardzo męczący wieczór, ale obydwoje byli bardzo szczęśliwi. Mikołaj odwiózł Hanię do domu i dał jej kilka prezentów. - Nie Mikołaju, nie dawaj mi prezentów, oddaj je innym dzieciom w szpitalu – powiedziała Hania. - Ja mam sporo zabawek, które mi w zupełności wystarczą. A one na pewno się ucieszą i choć na chwilę zapomną o swojej chorobie. - Dobra z ciebie dziewczynka – powiedział Mikołaj. – Cieszę się, że mogłem Cię poznać. - Dziękuję Ci za pomoc i do zobaczenia za rok – Pa, pa. Wypatruj mnie i może na wszelki wypadek miej przy sobie jakąś linę!
Klara Zięba, klasa II, Publiczna Katolicka Szkoła Podstawowa im. św. Stanisława Kostki
Oprócz pamiętnika na kłódkę, dużej maskotki (pieska) z popularnej bajki i zestawu kreatywnego Weronika chciała prosić Mikołaja o zdrowie dla siebie, swoich bliskich i tych wszystkich, którzy jego potrzebują! Czcigodnemu świętemu bardzo podobało się zwłaszcza to życzenie dotyczące zdrowia…
O Weronice, która chciała pomóc Świętemu Mikołajowi
Pewnego razu żyła sobie dziewczynka o imieniu Weronika, która miała wielką wyobraźnię i sto pomysłów na minutę! Zwykle co roku pisała listy do Świętego Mikołaja… ale w tym roku było inaczej! Uwielbiany przez wszystkich święty ogłosił konkurs na reklamę Bieguna Północnego, która spowoduje, że ludzie będą tutaj przyjeżdżać przez cały rok, a nie tylko w zimowym okresie. Niewiele myśląc, nasza bohaterka usiadła przed komputerem, przewertowała kilka książek, które mama przyniosła jej z biblioteki i stworzyła piękną prezentację wychwalającą uroki miejscowości mieszczących się na Biegunie Północnym.
Tak, tak – słusznie się domyślacie – Weronika wygrała ten konkurs, jej praca okazałą się bezkonkurencyjna na tle innych, które wpłynęły do biura konkursu. Dlatego też główna nagroda - wycieczka na Biegun Północny, do miejscowości Rovaniemi przypadła właśnie naszej bohaterce! Dlatego też nie musiała w tym roku pisać listu do św. Mikołaja – zamierzała mu powiedzieć o swoich marzeniach (co chciałaby dostać od choinkę), jak już się spotkają. Weronika znalazła się w gościnie u św. Mikołaja dokładnie dwa tygodnie przed 24 grudnia, a więc w bardzo gorącym okresie. Po długiej podróży rozpakowała się, zjadła kolację, poszła spać, a na drugi dzień od razu po śniadaniu zaczęła pomagać przy pakowaniu prezentów. Pracy nie było widać końca!!!
Aż wreszcie znalazł się taki dzień, kiedy było odrobinę mniej pracy, a wtedy Weronika porozmawiała ze św. Mikołajem na temat swoich marzeń co do prezentów pod choinką. Okazało się, że oprócz pamiętnika na kłódkę, dużej maskotki (pieska) z popularnej bajki i zestawu kreatywnego Weronika chciała prosić Mikołaja o zdrowie dla siebie, swoich bliskich i tych wszystkich, którzy jego potrzebują! Czcigodnemu świętemu bardzo podobało się zwłaszcza to życzenie dotyczące zdrowia…
Minęło znowu kilka pracowitych dni, aż trafił się taki czas kiedy Weronika mogła porozmawiać ze św. Mikołajem, tym razem on mówił trochę więcej, mówił o tym, że czuje się trochę zmęczony i że… nie ma nawet czasu na wizytę u fryzjera! A przydałoby się podciąć trochę czuprynę i brodę! Świat pełen jest niespodzianek bo okazało się, że Weronika ostatnio uważnie obserwowała tatę, jak ten podcinał włosy mamy i stwierdziła, że spróbuje. I jak myślicie?
Mikołaj nigdy dotąd nie był tak zadowolony z wizyty u fryzjera, jak teraz! A Weronika uzyskała tytuł Naczelnej Świątecznej Fryzjerki Św. Mikołaja!!!I mogła przyjeżdżać każdego roku w okresie świątecznym do św. Mikołaja żeby ścinać mu czuprynę i brodę!
Weronika Jaguszewska klasa I
Dobro wraca i nie ucieka, a szczęście i radość innych to wielka uciecha.
Magiczna zagroda
Katarzyna Królak klasa II, Szkoła Podstawowa nr 44
Wspólnie z elfami doszedł do wniosku, że magia, która zasila sanie to radość. Zarówno dzieci jak i samego św. Mikołaja. Ciekawe, czy gdybyśmy my sprawiali tyle radości innym, to nasze rowery, hulajnogi, a może nawet auta mogłyby latać…
Magia latających sań
Drogi czytelniku, czy nigdy nie zastanawiałeś się, jak to się dzieje, że sanie św. Mikołaja latają? Opowiem Ci tę historię, którą mi opowiedział pewien elf św. Mikołaja. Przeczytaj, a dowiedz się sam. Zaczynamy historię.
Zbliżała się Wigilia Bożego Narodzenia, jak wszyscy wiecie właśnie wtedy św. Mikołaj ze swoimi elfami szykował prezenty dla dzieci. Mieszkał on na biegunie północnym. Jedynym środkiem transportu były tam sanie zaprzężone w renifery. Ani sanie ani renifery nie były magiczne. Poruszały się one z normalną prędkością, więc św. Mikołaj mógł rozdawać prezenty tylko dzieciom z najbliższej okolicy. Gdy wracał z podróży zobaczył spadającą gwiazdę. Postanowił za nią pojechać, bo bardzo jasno świeciła. Gdy do niej dotarł, tak zachwycił się jej blaskiem, że postanowił przyczepić ją do sań. Niepostrzeżenie sanie uniosły się i renifery zaczęły ciągnąć je po niebie. Ponadto robiły to z bardzo dużą prędkością. Najwyraźniej jej blask dał saniom i reniferom magiczną moc.
Święty Mikołaj bardzo się ucieszył, że będzie mógł rozdawać prezenty dzieciom z całego świata. Myślał, że dopóki gwiazda będzie świecić on będzie mógł magicznie podróżować po niebie. Po dłuższym czasie magiczna gwiazda zaczęła blednąć. Św. Mikołaj bardzo się zaniepokoił, ale sanie wcale nie traciły mocy. Zaczął się zastanawiać co w takim razie zasila sanie. Zauważył, że im więcej prezentów rozda tym szybciej sanie lecą. Wspólnie z elfami doszedł do wniosku, że magia, która zasila sanie to radość. Zarówno dzieci jak i samego św. Mikołaja. Ciekawe, czy gdybyśmy my sprawiali tyle radości innym, to nasze rowery, hulajnogi, a może nawet auta mogłyby latać…
Zuzanna Woronko, klasa II Publiczna Katolicka Szkoła Podstawowa im. św. Stanisława Kostki
Nieznane przygody Świętego Mikołaja
Święty Mikołaj szykował się właśnie do porannej przechadzki. Założył swoje zimowe buty i czerwony płaszcz. Gdy wyszedł na dwór, usłyszał ciche piszczenie. Postanowił zbadać co się stało. Szedł przez Las Fioletu, zobaczył dziwnego fioletowego grzybka. Pochylił się nad nim, a wtedy, grzybek eksplodował. Wszędzie fruwały fioletowe nasiona, a kiedy w końcu opadły na ziemię, stało się coś, czego nikt by się nie spodziewał. Zaczęły wyrastać nowe grzyby. Nie było ich dwa lub trzy. Były ich tysiące! Mikołaj oniemiał z zaskoczenia. Nagle wszystkie grzyby eksplodowały, podnosząc prawdziwą fioletową burzę! Zagłuszyły one pisk dochodzący z Polany Królików. Ale Święty Mikołaj przedarł się przez Las Fioletu. Szedł teraz przez Dolinę Stawowych Żab.
Szedł i szedł, aż w końcu dotarł do największego z jezior, zwanego Okiem Żaby. Nagle z zarośli wysunęła się głowa żaby. Nie była to zwykła żaba, był to Król Doliny Stawowych Żab! Była bardzo kolorowa. Miała błękitną pelerynę i złotą koronę. Żaba ta miała jeszcze magiczną moc. Jeżeli woda by wyschła, to mogłaby z powrotem napełnić staw. Mikołaj właśnie spotkał Króla i rozmawiał z nim już od godziny. Opowiedział o swojej przygodzie z grzybkami i o tajemniczym pisku. Dał królowi jego ulubioną różaną herbatkę i poszedł dalej.
Dalej dotarł do Jaskini Yeti. Jej mieszkaniec - Yeti był bardzo gościnny i uwielbiał towarzystwo. Święty Mikołaj wszedł do jaskini. A tam trysnęło confetti. Przyszedł Yeti i podał mu lemoniadę. Mikołaj wypił ją ze smakiem, podziękował i poszedł dalej. Po wyjściu z jaskini udał się do Krainy Kwiatów, gdzie była piękna łąka, cała w kwiatach. Żył tam bardzo miły i uprzejmy lampart, do którego Mikołaj przychodził na kakao i ciasteczka. Przywitał się z lampartem, dał mu ciasteczka i mleko. Lampart poczęstował Mikołaja smakołykami. Mikołaj podziękował, opowiedział o tajemniczym pisku, i ruszył w dalszą podroż. Był pełen sił i energii. W końcu doszedł do Śnieżnej Pustyni. Tam prawie zawsze padał śnieg. Zatrzymał się dopiero przy Wiosennym Jeziorze, gdzie diamentowe rybki i złote kaczki tańczyły w rytm walca.
Mikołaj grzecznie przywitał się z rybkami i kaczkami i magicznym przejściem przy jeziorze dotarł do Polany Królików.Tam pisk był bardzo dobrze słyszalny. Mikołaj poszedł za piskiem i doszedł do króliczka, który miał złamaną łapkę. Święty Mikołaj wyjął z kieszeni czarodziejski krem i bandaż. Błyskawicznie opatrzył złamaną łapkę króliczka i zaprosił go do siebie na herbatkę i ciasteczka.
Franciszek Dzięgielewski, klasa III Publiczna Katolicka Szkoła Podstawowa im. św. Stanisława Kostki
Najszybszy zaprzęg świata
Pewnego dnia do Mikołaja zadzwonił telefon. - Halo? – odezwał się Mikołaj. - Dzień dobry, panie Święty Mikołaju. Pana renifery zaraziły się koronawirusem! Muszą zostać na kwarantannie do końca roku. - O nie! co ja teraz zrobię? – westchnął Mikołaj. Mikołaj nie wiedział co począć i zadzwonił do swojej przyjaciółki Wróżki Zębuszki po poradę. - Hanna Plomba, słucham – odezwał się głos w słuchawce. - Cześć Hanka, tu Miki. Słuchaj, renifery mi się rozchorowały, co mam zrobić? Kto pociągnie sanie z prezentami w tym roku?
- Mikołaj, nie panikuj - powiedziała spokojnie wróżka. - Daj ogłoszenie do gazety, a na pewno ktoś się zgłosi! - Masz rację! Dziękuję! Do usłyszenia – powiedział Mikołaj i odłożył słuchawkę. Od razu dał ogłoszenie na pierwszej stronie gazety: „Poszukuję szybkich zwierząt, które pociągną moje sanie na święta” - podpisano Święty Mikołaj. Pierwsi zgłosili się: gepard, antylopa i struś. Oczywiście zostali przyjęci. Następnie zjawili się wilk i zając. Mikołaj był zachwycony, że tyle zwierząt chce mu pomóc. Na koniec przyszli jeszcze puma i kangur. Mikołaj był uratowany!
Kiedy pakowali ostatnie prezenty na sanie, przeleciał sokół wędrowny. Leciał tak szybko, że nie wyhamował, wpadł w sanie i wszystko się wysypało. Mikołaj i zwierzęta załamali się! - Nie zdążymy! – krzyknął zając. - Co zrobiłeś, ty niezdaro! – powiedział ze złością struś i schował głowę w piasek. Zawstydzony sokół spojrzał na bałagan i powiedział: - Nie martwcie się koledzy. Zdążymy! Zapakujcie wszystko jeszcze raz, a ja was pociągnę najszybciej na świecie! Tak się składa, że ja latam z prędkością 389 km/h. Tak też zrobili. Po chwili, byli już w połowie drogi do dzieci, aby podarować im prezenty.
ZWIERZĘTA Z ZAPRZĘGU ŚWIĘTEGO MIKOŁAJA 1. SOKÓŁ WĘDROWNY – ok. 389 km/h 2. GEPARD – ok. 120 km/h 3. ANTYLOPA - ok. 80 km/h 4. STRUŚ - ok. 90 km/h 5. ZAJĄC - ok. 80 km/h 6. WILK - ok. 60 km/h 7. PUMA - ok. 80 km/h 8. KANGUR - ok. 70 km/h
Miłosz Gutek, klasa I Szkoła Podstawowa nr 33
Pomocna dłoń
Dawno, dawno temu w Szczecinie mieszkał mały chłopiec. Miał na imię Mikołaj i jeździł na motorze. Kiedy dorósł, postanowił, że będzie pomagał biednym i bezdomnym. Chłopiec – dorosły już człowiek, organizował darmowe posiłki i przekąski z zebranych pieniążków i darów. Pomagali mu w tym znajomi, a także obcy ludzie. Mikołaj był skromnym, bardzo dobrym człowiekiem. Jego bezinteresowna pomoc potrzebującym mobilizuje innych do tego, by dzielić się najmniejszą rzeczą z tymi, którzy pomocy potrzebują.
Oskar Koszela klasa IV, SPSP nr 25
Poczułam przypływ dobrej energii i pewność, że już zawsze chcę czynić dobro i pomagać innym. Chcę, żeby wszystkie dzieci na świecie zawsze były zdrowe, szczęśliwe i uśmiechnięte.
Świąteczny koci sen
Cześć, to ja Celestia. Jestem czarno – białym kotem, ale nie takim zwykłym kotem z dziwnych opowiadań ludzi tylko super kotką. Mam nawet super moce np. latanie, widzenie w ciemności, ugniatanie walizki, żeby więcej się do niej zmieściło, leczenie ludzi, spanie 24h na dobę – to ostatnie to raczej moje hobby. Na co dzień pracuje w T.A.Z.D czyli Tajna Agencja Zwierząt Domowych, tą agencję stworzyłam z młodszą siostrą Felitinką, byłyśmy wtedy jeszcze małymi kociętami. Początkowo nazywała się ona T.A.K.I.P czyli Tajna Agencja Kotów i Psów ale zmieniłyśmy nazwę, ponieważ do naszej jednostki zaczęło się zapisywać coraz więcej zwierząt, które nie są psem lub kotem. Ale nie o tym chciałam Wam opowiedzieć …
Byłam sama w domu, bo wszyscy Pan, Duża Pani i Mała Pani się „wydomowali” czyli wyszli z domu, załatwić niepotrzebne sprawy np. poszli do pracy lub szkoły, a przecież wiadomo, że najważniejszą rzeczą jest przytulanie się ze mną cały dzień. Siedziałam zastanawiając się na którym boku się położyć, zasnęłam na siedząco. Właśnie wtedy przyśniło mi się to …
Jechałam w wagoniku jakiejś dziwnej kolejki górskiej, jechałam i jechałam, było coraz wyżej i wyżej. Myślałam, że jestem już nad chmurami, gdy kolejka się zatrzymała i jakaś tajemnicza siła zaczęła ciągnąć mnie w prawą stronę, więc używając super mocy poleciałam w tę stronę. Kiedy nieznana siła przestała mnie ciągnąć, zawisłam w powietrzu nad jakąś małą wioską, składającą się z mnóstwa domków … Wylądowałam na ziemni pokrytej grubą, puchową warstwą bielusieńkiego śniegu. Było go tak dużo, że jak zaczęłam iść w stronę największego domku, po kilku sekundach cała zapadłam się w białym puchu i nie mogłam się z niego wydostać. Nagle ktoś chwycił mnie i wyciągnął, ze śniegu. Gdy byłam już na powierzchni, okazało się, że to jakiś mały śmieszny stworek w czerwono – zielonej czapce.
- Kim jesteś ? – zapytałam- Jestem Fiko, pomocnik św. Mikołaja – odpowiedział nieznajomy. -Świętego Mikołaja? – zapytałam z niedowierzaniem - Tak, św. Mikołaja – potwierdził Fiko - Chcesz spróbować przejść przez bramę? – zaproponował stworek - Chcę – odpowiedziałam. Fiko zaprowadził mnie do wysokiego, kamiennego muru. - Po drugiej stronie tego muru jest siedziba św. Mikołaja – oznajmił stworek. - Tylko nieliczni potrafią przez to przejść, to jest próba – dodał. Zaczęłam iść w stronę muru i w pewnej chwili pomyślałam, że po prostu zderzę się z tą ścianą, ale stało się inaczej. Przeszłam normalnie, niczym przez otwarte drzwi.
Po drugiej stronie zobaczyłam najprawdziwszego na świecie św. Mikołaja, zachowywał się tak jakby na mnie czekał. Był to pan ze srebrną brodą – o dziwo – z małym brzuchem, miał niebieskie przygasłe oczy a ubrany był w czerwony sweterek, dżinsy, czapkę, zielone rękawiczki. Mimo tego, że nie wyglądał jak typowy Mikołaj, wiedziałam, że jest prawdziwy. Podeszłam do niego. - O co chodzi z próbą, o której wspomniał Fiko? – od razu zapytałam, nawet nie witając się. - Jesteś wybrańcem, przeszłaś przez bramę. Jesteś kotem, a poza tym robisz dużo dobrego żyjąc i tworząc T.A.Z.D. Z tego co wiem, ta jednostka pomaga ludziom i w podzięce za to dam Ci jeszcze kilka super mocy – wyjaśnił Święty, po czym dał mi małą paczuszkę. - Tu są Twoje super moce – powiedział.
Nie zastanawiając się otworzyłam prezent, były w nim nowe super moce, przeznaczone specjalnie dla mnie: „zabijanie zła”, „zarażanie uśmiechem i optymizmem”, „wiara w rzeczy niemożliwe” oraz „wiara w pokonanie wszystkich chorób na świecie”. Podziękowałam Mikołajowi, po czym wyszłam przez ścianę Jego domu, zmierzałam w stronę kolejki górskiej, którą dotarłam do śnieżnej krainy. Po chwili zobaczyłam dwóch dziesięcioletnich chłopców bijących się. Dzieci mieszkają w wiosce św. Mikołaja, podeszłam do nich i używając nowej super mocy sprawiłam, że się pogodzili, przeprosili i już na zawsze zostali najlepszymi przyjaciółmi. Po tej sytuacji poczułam przypływ dobrej energii i pewność, że już zawsze chcę czynić dobro i pomagać innym. Chcę, żeby wszystkie dzieci na świecie zawsze były zdrowe, szczęśliwe i uśmiechnięte.
… Obudziłam się. To był mój najlepszy sen, mam nadzieję, że Wam też się podobał. W tej chwili usłyszałam dźwięk, przekręcanego w zamku klucza. Muszę zobaczyć kto przyszedł…
Gabriela Rejter klasa V, Szkoła Podstawowa nr 45
Życie jest piękniejsze, kiedy można dzielić się dobrem.
Mikołaj czyli jak zostać świętym
Wszyscy znamy historię o świętym Mikołaju, ale czy ktoś wie, kim był zanim został tym panem z wielkim worem prezentów? Opowiem wam historię o chłopcu, który miał na imię Mikołaj. Był złośliwy, rozpuszczony i nie dbał o innych. Miał odznaczające się czerwone dresy, rasowego psa o imieniu Rudolf oraz sportowe czerwone auto. Jego pies był bardzo niegrzeczny, jak zresztą jego pan.
Rodzice chłopca byli ogromnie bogaci, dzięki dobrze prosperującej firmie. Mikołaj chętnie ten fakt wykorzystywał. Pewnego dnia firma taty zbankrutowała, ponieważ wszyscy pracownicy poszli na kwarantannę. Okazało się, że bez pracowników nie ma zarobków. Rodzina zbiedniała. Brakowało jej pieniędzy na podstawowe potrzeby. Mikołaj bardzo to przeżył. Wtedy stało się coś niespodziewanego. Chłopak zauważył ludzi, których kiedyś ignorował. To oni przynosili im posiłki, książki dla chłopca i rzeczy potrzebne do życia. Stała się również inna sprawa. Mikołaj stracił wszystko, więc miał więcej czasu na spędzanie go z rodzicami i bliskimi, nawet z psem. Jedli wspólne śniadania, grali w karty, rozmawiali, bawili się i cieszyli sobą.
Nasz Mikołaj zaczął chodzić z psem na spacery. Dbał o niego jak nigdy oraz pilnował jak oczka w głowie. Pies dawniej był bardzo złośliwy. Traktował wszystkich jak upolowany posiłek. Teraz zmienił się nie do poznania. Może właśnie tego mu brakowało. W chłopcu zaszła wielka zmiana. Przestał traktować ludzi jak rzeczy, od których bardziej liczyły się luksusy. Otrzymał od nich tyle serca właśnie wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewał. Otworzył też swój bazarek, dzięki czemu zauważył, jak ludzie musieli się napracować, żeby on mógł wszystko to mieć. Zrozumiał, że to co robił dawniej było złe i samolubne. Zaczął dbać o innych, aby odwdzięczyć się za to, co go spotkało. Dzięki pracownikom, którzy wrócili na swoje stanowiska pracy po kwarantannie, firma stanęła ponownie na nogi.
Rodzice, gdy zobaczyli zmianę chłopca, przekazali mu swój biznes. Mikołaj przerobił firmę na fabrykę z prezentami. Zatrudnił ludzi, którzy wcześniej mu pomogli. Pieszczotliwie nazywał ich „Moje Elfy”. Nadeszła Wigilia, każdy cieszył się tym, co się wydarzyło. Nagle Mikołaj zobaczył, że coś do nich nadlatuje. Ujrzał pięknego anioła, który powiedział: - Jestem z ciebie dumny ! - Dziękuję! - odpowiedział z lekkim zdziwieniem Mikołaj. - Mógłbym cię o coś poprosić? - dodał chłopiec. - Tak, oczywiście! - krzyknął radośnie anioł.
- Potrzebuję, pomocnika i szybkiego auta, którym mógłbym w sekundę dotrzeć nawet na drugi koniec świata - powiedział Mikołaj.- Mam pomysł! - zawołał skrzydlaty. W tej chwili Rudolf zamienił się w magicznego renifera, a czerwone auto w super szybkie sanie. Wtedy też chłopiec zmienił swoje dresy na znany wszystkim strój świętego Mikołaja. Postanowił, że będzie rozdawał prezenty, aby każdy mógł się cieszyć ze świąt. Wiedział już, że życie jest piękniejsze, kiedy można dzielić się dobrem.
Zuzanna Araszkiewicz, klasa V Szkoła Podstawowa nr44
Świąteczna zamiana ról
Zima w 2030 roku w Szczecinie była wyjątkowo ciepła. Bardzo mnie to zaskoczyło, tym bardziej, że na drzewach zamiast lodu i śniegu można było ujrzeć piękne pąki. Na szkolnym boisku pośród małych przebiśniegów ujrzałyśmy z koleżankami ślady dziwnego pojazdu. Nie mogłyśmy dokładnie przyjrzeć się temu odkryciu, ponieważ tego dnia w naszej szkole odbywała się klasowa wigilia i naszym zadaniem było udekorowanie stołów i zakup smakołyków ze szkolnego sklepiku.
Podczas przygotowań do sali wpadła zdyszana Magda, wyraźnie czymś zaniepokojona. Powiedziała, ze na dachu szkoły widziała dużą wesoła żabę, kilka gołębi i jednego bociana. Chyba nikt jej za bardzo nie uwierzył.
Po zjedzeniu świątecznych łakoci nasza wychowawczyni oznajmiła, że czeka nas niespodzianka. Domyśliliśmy się, że jak każdego roku, przyjdzie do nas z wizytą święty Mikołaj, za którego przebierał się dyrektor szkoły. Udawaliśmy zaskoczenie a po chwili usłyszeliśmy głośne pukanie do drzwi.. Do sali wszedł zmęczony i bardzo spocony oczekiwany gość. Trochę nas zdziwiło, że nie przywitał nas tradycyjnym „ ho, ho, ho”, nie zadzwonił dzwonkiem i nie pociągnął dziewczynek za warkocze jak miał w zwyczaju. Rozsiadł się na krześle, ziewnął kilka razy i zasnął. Po chwili na parapecie okna pojawiły się zwierzęta, o których opowiedziała Magda, a żaba przemówiła do nas ludzkim głosem.
Dowiedzieliśmy się od niej, że Mikołaj zgubił się podczas podróży, ponieważ w połowie drogi zabrakło śniegu, renifery odmówiły dalszej współpracy, a elfy zachorowały, gdyż nie były przyzwyczajone do tak wysokiej temperatury podczas zimy.Mikołaj też nie czuł się najlepiej i stracił nadzieję, że uda mu się odwiedzić wszystkie dzieci. Na szczęście uczniowie klasy, do której trafił należeli do szkolnego koła wolontariatu i postanowili pomóc w tej trudnej i nietypowej sytuacji. Podczas, gdy Mikołajem zaopiekowała się szkolna pielęgniarka, tak, aby jak najszybciej mógł wrócić do zdrowia i cieszyć się świąteczną atmosferą, podzielili się na grupy i przy wsparciu skrzydlatych przyjaciół wykonali całe zadanie. To była dla wszystkich najpiękniejsza szkolna wigilia.
Oliwia Bożym, klasa V Szkoła Podstawowa nr 45
„Mikołaj na koniu
Mikołaj na koniu?
Za górami, za lasami, w starej chatce mieszkał Święty Mikołaj, który właśnie pakował prezenty do wielkiego worka. Cieszył się, że znowu uszczęśliwi wiele dzieci z całego świata. Gdy już z uśmiechem od ucha do ucha wreszcie wyszedł z domku, na drodze pełnej śniegu, zobaczył tajemniczy list.
Zdziwił się na jego widok, ale zarazem bardzo ciekawiło go, od kogo jest ten list. Jeszcze jedno go zdziwiło – nigdzie nie było widać śladów kopytek jego reniferów, ani nie było słychać ich radosnych pochrapywań. Na jego twarzy nie było widać już uśmiechu, a raczej przerażenie. Coś ewidentnie było nie tak! Po przemyśleniu postanowił przeczytać tajemniczy list. To, co tam ujrzał bardzo go zdziwiło a jednocześnie zasmuciło. Był to list od reniferów napisany z Teneryfy, gdzie przebywały na wakacjach! Z post scriptum dowiedział się jeszcze, że już do niego nie wrócą, bo idą na emeryturę!
Mikołaj się załamał. Jak on ma teraz rozwieźć prezenty?! Postanowił, że napisze do starego konia, który stał w stadninie nieopodal. W liście poprosił go o pomoc w rozdawaniu prezentów. Był to najmądrzejszy koń w okolicy. Mikołaj nie czekał długo na odpowiedź. - „Za 15 smakołyków masz to jak w banku” – odpisał koń. Mikołaj zgodził się na ten układ i umówili się na spotkanie 20 grudnia. Gdy nadszedł czas spotkania, Święty musiał iść na nogach, bo nie było nikogo, kto poprowadziłby jego sanie. Jak doszedł na miejsce, czterokopytny był gotowy. Ten koń oczywiście umiał mówić, więc serdecznie przywitał Mikołaja.
Ale problemy zaczęły tworzyć się już na samym początku. Pierwsze pytanie to jak wsiąść na konia? Mikołaj nigdy nie jeździł konno, a jego wielki brzuch mocno krępował jego ruchy i nie był przygotowany na taki wyczyn. Ćwiczyli dniami i nocami aż w końcu nadszedł ten czas! 23 grudnia! Trzeba wziąć się do roboty. Bohater sprawnie wskoczył na konia, posypał go magicznym proszkiem i polecieli! Udało się im dostarczyć wszystkie prezenty na czas. Święty w nagrodę za pracę, dał mu 15 smakołyków. Od tego czasu Mikołaj zaprzyjaźnił się z koniem i co roku zatrudniał go do pomocy w okresie Świąt Bożego Narodzenia.
Alicja Kuchto klasa V, Szkoła Podstawowa nr 44
Święty Mikołaj (Jak elfy zostały pomocnikami Mikołaja)
Dawno, dawno temu był sobie Mikołaj. Bardzo kochał święta i dzieci, którym przynosił potajemnie prezenty. Lecz pewnego razu zachorował. Wiedział, że zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. Największym zmartwieniem było to, że dzieci czekały na prezenty od niego. Gdy tak mówił: „Co będzie!” – usłyszała to wiewiórka, która często przesiadywała na choince rosnącej obok chaty Mikołaja. Postanowiła pomóc i powiadomiła zwierzęta zamieszkujące las, o tym, że Mikołaj potrzebuje pomocy. Zwierzęta postanowiły odszukać też elfy. Nie było to takie łatwe. Mieszkańcy lasu rozdzielili się, każde poszło w inną stronę, by odszukać elfy.
Gdy zwierzęta szukały, jeleń Eustachy domyślił się, gdzie można je znaleźć. Kiedy tak strudzony wędrówką przemierzał łąki i lasy, znalazł się na pięknej polanie porośniętej paprociami. Okazało się, że to elfy. Eustachy opowiedział im o rozpaczy Mikołaja i poprosił o pomoc przy prezentach dla dzieci. Zwierzęta i elfy zjednoczyły się, bo i one kochały święta i Mikołaja. Gdy wszyscy przybyli pod chatkę świętego, elf Skrzatek cichutko zapukał do drzwi. Potem wszyscy weszli do środka i ujrzeli chorego i zmartwionego Mikołaja. Porozmawiali i od razu przystąpili do pracy. Wspólnymi siłami udało im się na czas zorganizować prezenty i rozwieźć je dzieciom.
Mikołaj wkrótce wyzdrowiał i mógł cieszyć się świętami. Ale najważniejsza była radość z tego, że dzieci dostały upragnione prezenty.
Julia Małgorzata Chrzanowskaklasa VI, SPSP nr 25
Tak naprawdę nie ważne czy jesteś gruby, czy chudy, mały, duży. Ważne jest to, by mieć dobre serce i nawet jak nie wierzy się samemu w siebie, znajdzie się przyjaciół, którzy będą przy tobie. A wtedy każda, nawet najbardziej trudna i niemożliwa przeszkoda zniknie. Trzeba tylko bardzo mocno wierzyć, że się uda.
Pączuś
Było to dawno temu, ale nie tak dawno jak smoki i zamki. Na odległym Biegunie Północnym a dokładnie w Laponii, tam, gdzie już żaden człowiek nie dojdzie jest ukryta fabryka. Pracują w niej elfy. Mieszka również tam Mikołaj. To właśnie tam zdarzyła się ta historia, którą wam opowiem. Mikołaj pierwszy raz od kilku miesięcy miał chwilę odpoczynku. Zostało kilka godzin do Wigilii. Elfy zdążyły zrobić wszystkie zabawki i je popakować, sanie też były gotowe, wydawałoby się, że w tym dniu nic nie może pójść źle. Jednak zdarzyło się inaczej, ale to za chwilę. Mikołaj spokojnie siedział w bujanym fotelu pijąc swoje ulubione kakao, zagryzając ciasteczkami. Wyglądał za okno, patrząc na padający śnieg. Myślał o przebiegu trasy, na szczęście był wyposażony w super szybkie latające renifery i to o nich głównie ta opowieść.
Nie wiem czy wiecie, że tak naprawdę było dziesięć reniferów, a nie dziewięć. Tylko ten dziesiąty był rezerwowy, bo był inny niż wszystkie. Nie był taki super szybki, troszkę nawet za bardzo grubiutki. Mikołaj wziął go do stajni tylko dlatego, że było mu żal reniferka, ale też nigdy nie pozwolił mu latać w zaprzegu. Wracając do opowieści, Mikołaj siedział w fotelu, wypił kakao, zjadł ciastka i stwierdził, że idzie zajrzeć do swoich reniferów. Ciut ociężale wstał, no bo cóż tu dużo mówić, zjadł 40 ciastek, ubrał się, a że była straszna śnieżyca tak opatulił się szalem, że ledwo jego oczy było widać i sam Mikołaj niewiele widział. Doszedł do stajni, otworzył szeroko bramę i... nie uwierzył. Przetarł okulary, ale mimo tego w zagrodzie nic nie zobaczył.
Z niedowierzaniem ściągnął okulary by sprawdzić czy może się popsuły, ale nie. A wiecie co się stało? Wszystkie renifery zniknęły, nie było ani Kometka, ani Rudolfa, ani Fircyka - żadnego, jedyny renifer, który został to właśnie ten renifer, który nie latał w zaprzęgu. Tu wam powiem to, o czym Mikołaj nie wiedział, renifery postanowiły sobie, że nie chce im się wozić prezentów i uciekną, a że nie lubiły grubego reniferka, nie wzięły go ze sobą. Mikołaj szukał wszędzie reniferów, dobrze wiedział, że bez nich nie da rady. Niestety, nigdzie ich nie było, mijały godziny coraz bliżej było do Wigilii. Już tracił wszelką nadzieję.
W międzyczasie wyśmiewany renifer, przezwany prze inne renifery Pączusiem (i tak my będziemy o nim mówić), postanowił uratować święta. Wiedział, że sam nie da rady, więc musiał znaleźć renifery, które mu pomogą. Bardzo się bał, że każdy będzie się z niego śmiać, ale wiedział, że nie ma innego wyjścia. Wyszedł ze stajni, a wiedząc, że jest bardzo mało czasu, biegł jak najszybciej mógł. Najpierw okrążył stajnię, następnie cwałował koło fabryki, ale nikogo nie zobaczył. Wybrał się na pobliską polanę, truchtając koło krzaków, usłyszał szloch. Wiedział, że nie ma czasu, ale też nie umiał odbiec nie sprawdzając, kto to płacze. W krzakach był uwięziony króliczek. Zaplątany w ozdoby świąteczne, nie mógł się uwolnić.
- Reniferku pomóż mi, bo zamarznę - ledwo wyszeptał króliczek. - Nie wiem czy dam radę, każdy mówi, że nic mi się nie udaje - odrzekł smutno Pączuś. - Na pewno dasz radę, jesteś taki duży i na pewno bardzo silny - odpowiedział króliczek. - Dobrze, spróbuję - odrzekł renifer i ochoczo zabrał się do odwiązywania wstążek. Szło to mu niezgrabnie, ale po chwili króliczek był wolny. - Dziękuję ci reniferku za ratunek, jestem Tomasz, Tomasz Króliczek – powiedział radośnie podskakując. - Przepraszam, muszę biec, znaleźć renifery i uratować święta! - pospiesznie wyszeptał Pączuś i pobiegł dalej. Nasz Pączek nawet nie zauważył, że króliczek biegł za nim.
Pędząc przez pola Pączuś poznał wiewiórkę Emilkę, której pomógł z orzechem, Tomasza łasicę, któremu uwolnił rodzinę z klatki kłusowników. Poznał też pchełkę Amelkę, która zgubiła psa i szynszylkę Zuzę, której ogonek tak się zakręcił, że odkręcić go nie można było. Wszystkim zwierzątkom udzielił pomocy, mimo że czasu było malutko, nie umiał postąpić inaczej. I wszystkie zwierzątka biegły za reniferkiem, mając nadzieję, że mu się odwdzięczą. Niestety nigdzie Pączek nie znalazł reniferów, ani też nie miał przyjaciół (a przynajmniej tak myślał), więc wrócił do zagrody. Zobaczył Mikołaja, który smutno patrzył na sanie i gwałtownie się zatrzymał, czego nie zauważył króliczek i wpadł na reniferka. Wtedy dopiero Pączek zdał sobie sprawę, że wszystkie zwierzątka, którym pomógł, pobiegły za nim.
- Reniferku, nasz drogi, pozwól nam pomóc! - mówiły zwierzątka. - Ale co my możemy, wy jesteście malutcy, a i ja nie dam rady - odrzekł Pączuś. - Uwierz w siebie, pomogłeś nam wszystkim, mimo że myślałeś, że nie dasz rady. Może nam wszystkim razem uda się uratować święta! - powiedział Tomcio Króliczek. Po tych słowach renifer stwierdził, że i tak już nie mają nic do stracenia. Podszedł do sań, szturchając nosem Mikołaja i wskazał na lejce. Mikołaj spojrzał z niedowierzaniem na zwierzęta, które same się zaprzęgały. Przecież to nie może się udać?! - myślał sobie. Ale pozwolił zwierzątkom spróbować. I tak już nic innego nie pozostało, zwłaszcza jeśli wszystkie dzieci mają dostać prezenty. Na samym początku zaprzęgu był nasz Pączek. Może nie był on super szybki, ale naprawdę bardzo silny. Jedno szarpniecie, drugie i sanie zaczęły sunąć po śniegu.
Zdziwiony Mikołaj zaczął wierzyć, że jeszcze nic nie jest stracone. Obsypał zwierzątka magicznym pyłem, po którym wszystkie mogły latać. Po chwili zaczęły się wzbijać w powietrze wraz z saniami, by odwiedzić pierwsze domy. Pewnie zastanawiacie się, jak to wszystko się udało. Bo tak naprawdę nie ważne czy jesteś gruby, czy chudy, mały, duży. Ważne jest to, by mieć dobre serce i nawet jak nie wierzy się samemu w siebie, znajdzie się przyjaciół, którzy będą przy tobie. A wtedy każda, nawet najbardziej trudna i niemożliwa przeszkoda zniknie. Trzeba tylko bardzo mocno wierzyć, że się uda. A jeśli chcecie wiedzieć, co było dalej, to renifery wróciły, i dalej latają w zaprzęgu, Pączuś już nie siedzi w zagrodzie, a spędza czas ze wszystkimi zwierzątkami, z którymi się zaprzyjaźnił. Inne renifery przestały mu dokuczać.
Mikołaj czasem zabiera Pączka i zwierzątka na loty do dzieci. Więc jeśli w Boże Narodzenie znajdziecie orzeszek albo ktoś wam zje marchewki, a może ugryzie was pchła, to znaczy, że Pączuś z przyjaciółmi odwiedził wasz dom, by zostawić wam prezenty.
Mateusz Jóźwik, klasa V Szkoła podstawowa nr 44
Zniszczona fabryka zabawek
Pewnego razu w fabryce prezentów w Laponii, gdzie pracują elfy Mikołaja, zdarzyła się pewna niepokojąca sytuacja. W maszynie, gdzie produkowały się zabawkowe super fajne podświetlane na kolorowo samochody zdalnie sterowane dla chłopców i dziewczynek, jedna z niezawodnych maszyn zrobiła nieodpowiedni ruch i zablokował się przyszły prezent.
Przez to inne zabawki nie mogły poruszać się na taśmie, wiec stanęła druga maszyna, potem trzecia i czwarta, aż po chwili wszystkie wybuchły. Z tego powodu elfy musiały się ewakuować. Nagle po jakimś czasie, gdy wszyscy wyszli, fabryka się zapaliła.
Pomocnicy Mikołaja siedzieli na dworze smutni, a najbardziej rozpaczał sam Mikołaj, patrząc, jak pali się fabryka.
Elfy nie mogły zadzwonić po straż pożarną, ponieważ zdradziłby sekret, gdzie jest fabryka, a poza tym strażacy nie dojechaliby, gdyż miejsce to było bardzo oddalone od cywilizacji. Pracownicy nie byli zadowoleni, bo dzieci czekały na prezenty. Gdy informacja ta dotarła do ludzi, postanowili od razu zorganizować zbiórkę pieniędzy na odbudowanie fabryki. Po dwóch dniach były już środki na naprawę zniszczeń, a po trzech dniach odbudowano fabrykę z nowym lepszym sprzętem do produkcji zabawek. Wszyscy byli zadowoleni z tego, że prezenty dotarły do dzieci na czas. Tamtego roku święta były wyjątkowe i superowe, w szczególności dla dzieci.
Tomasz Krypień, klasa V Szkoła Podstawowa nr 44
Nieznana historia świętego Mikołaja
Ta historia wydarzyła się w małym miasteczku na Pomorzu Zachodnim. Opowiada o chłopcu, który miał na imię Mikołaj i miał 10 lat. Mieszkał w domku razem z rodzicami i młodszą siostrą Zuzią na końcu ulicy Pięknej. Chłopiec bardzo się cieszył, że za parę dni będzie już Boże Narodzenie, choinka i może dostanie swój wymarzony prezent - łyżwy hokejowe. Mikołaj wracając codziennie ze szkoły do domu mijał zaniedbany domek staruszka, który był ich sąsiadem. Codziennie widział jak ten z wysiłkiem rąbie drewno do kominka i jak wielką sprawia mu to trudność. Dziś, jak wrócił ze szkoły, opowiedział mamie o ich sąsiedzie. Mama spojrzała ciepło na Mikołaja i powiedziała: "Synku jesteś już dużym chłopcem, prawie mężczyzną, może w tym roku Ty zostaniesz prawdziwym św. Mikołajem” i uśmiechnęła się.
Mikołaj długo rozmyślał w swoim pokoju o słowach mamy. Potem stanął przed lustrem i powiedział do lustrzanego odbicia: "Dobrze. To ja w tym roku zostanę prawdziwym św. Mikołajem". Następnego dnia zaczynały się ferie. Tego dnia chłopiec wstał szybko zjadł śniadanie i wypatrywał przez okno, kiedy staruszek sąsiad pójdzie do centrum miasta na zakupy. Wiedział, że będzie miał dużo czasu zanim on wróci. Kiedy postać staruszka zniknęła za rogiem ulicy, Mikołaj pobiegł szybko do szopki sąsiada z drewnem. Sprawnie zaczął rąbać drewno. Po godzinie miał już duży zapas kominkowego drewna. Przez kolejnych 6 dni udawało mu się rąbać drewno, kiedy tylko staruszek znikał za rogiem. Przyszedł dzień Wigilii. Od rana w domu pachniało świątecznymi przysmakami.
Tego dnia, kiedy skończył śniadanie, mama powiedziała do niego "Synku, nasz sąsiad to taki samotny staruszek, może pójdziesz i zaprosisz go na Wigilię?". Stary człowiek z ochotą przyjął zaproszenie. Kiedy wszyscy usiedli przy wigilijnym stole, starszy pan powiedział: "Moi drodzy, w tym roku dostałem najwspanialszy prezent od św. Mikołaja - wielką górę porąbanego drewna, która mi wystarczy na całą zimę". W tym momencie mama spojrzała radośnie na swojego syna, a staruszek wyjął kartonowe pudło zapakowane w kolorowy papier i wręczył je Mikołajowi mówiąc: "Ja też mam dla Ciebie prezent". Były to wymarzone przez chłopca łyżwy.
Kiedy wszyscy już rozchodzili się, Mikołaj powiedział do mamy "Wiesz to były dla mnie najpiękniejsze dotychczas święta". Mama uśmiechnęła się ciepło i powiedziała: "Jesteś dla mnie prawdziwym św. Mikołajem".
Julia Rusin, klasa V Szkoła Podstawowa nr 45
Święty Mikołaj i magia świąt
Pewnego zimowego dnia św. Mikołaj szykował się do Świąt Bożego narodzenia. Zerkał w swoją magiczną kulę i sprawdzał czy wszystkie dzieci są grzeczne. Ale oczywiście było jak było i dzieci zachowywały się nieznośnie. Jednak jeden chłopiec o imieniu Harry był tak miły, że robiło się ciepło na sercu. Niestety Harry nie miał rodziców ani domu, mieszkał w sierocińcu. Mikołaj szykował dla niego specjalny prezent, gdy nagle usłyszał dziwny dźwięk i zobaczył biegnącego renifera Zenka. Wtedy krzyknął do niego: - Zenek!!!!! - Niedługo wrócę - odpowiedział renifer.
Wtedy Elf Maurycy powiedział: - Za pięć dni wybieramy najgrzeczniejsze dziecko, by do nas przyjechało i wybrało swój najlepszy prezent... - A no tak, zapomniałem z tego wszystkiego, szykujmy się - odpowiedział Mikołaj. CZTERY DNI PÓŹNIEJ - Dzisiaj wybieramy najgrzeczniejsze dziecko, żeby je do nas zaprosić - powiedział Mikołaj. Nagle usłyszeli dziwny dźwięk, był to renifer Zenek, a na jego grzbiecie siedział przestraszony Harry. Mikołaj zastanawiał się, skąd renifer mógł wiedzieć, że miał na myśli akurat tego chłopca. Okazało się, że Harry uratował Zenka przed śmiercią, a ten bardzo chciał przedstawić go Mikołajowi.
Harry okazał się bardzo grzecznym i uczynnym chłopcem. Pani Mikołajowa, widząc biednego chłopca, zabrała go do piernikowej chaty i poczęstowała gorącą czekoladą i pysznym ciastkiem. Gdy chłopiec poczuł się lepiej, Mikołaj zabrał go, by pokazać produkcję zabawek i przedstawić innym elfom.
Na cześć Harrego zorganizowano przyjęcie, wszyscy byli zaproszeni. Na przyjęciu było mnóstwo ciast i ciasteczek, były: pierniczki o różnych kształtach, ciasto o smaku karmelowym, lukrecje, pianki, wata cukrowa, lizaki o różnych smakach. A do picia: mrożona herbata, kakao i dużo soków. Cała impreza skończyła się późnym wieczorem, wszyscy trafili do swoich łóżek, Pani Mikołajowa przygotowała chłopcu posłanie. Harry długo nie mógł zasnąć, nie mógł uwierzyć w swoją przygodę i w swoje szczęście.
Następnego dnia Mikołaj zaprosił chłopca do swojego biura. - Czego sobie życzysz Harry? Jakie jest twoje marzenie? – zapytał wystraszonego dzieciaczka. Chłopak już wiedział czego chce, ale nie miał odwagi powiedzieć o tym Mikołajowi. - No dalej chłopcze, nie krępuj się - powiedział Mikołaj. - Moim jedynym życzeniem, jest być kochanym i potrzebnym.... - powiedział Harry i bardzo się zawstydził. - Chciałbym też tu zostać i móc tobie pomagać, sprawia mi to przyjemność. Mikołaj nie zastanawiał się długo i się zgodził. Od tej pory Harry był pomocnikiem i przyjacielem Mikołaja. Każdego dnia kochał i pomagał, ale też sam czuł, że jest potrzebny i kochany.
Amelia Zgliczyńska, klasa V Szkoła Podstawowa nr 44
Opowiadanie
Nadchodzą Święta Bożego Narodzenia. Wszyscy spotykamy się przy stole wigilijnym, dzielimy się opłatkiem i otwieramy prezenty... W wigilijny dzień Święty Mikołaj wyruszył do Szczecina swoimi wielkimi saniami, ciągniętymi przez silne i szybkie renifery. Kiedy dotarł na miejsce, zajrzał do jednego domu, następnego oraz kolejnego, aż rozdał wszystkie prezenty, o które prosiły dzieci w swoich listach. Święty Mikołaj już miał się wznosić w górę, gdy nagle zauważył tabliczkę z napisem "Sierociniec". Wszedł do środka i zobaczył dzieci wpatrujące się w niebo, głęboko zamyślone, zasypiające w swoich łóżkach, smutne. Mikołaj zdał sobie sprawę, że musi za wszelką cenę je uszczęśliwić. Postanowił, że wróci do Laponii, żeby przygotować upominki dla tych dzieci.
Powróciwszy do sierocińca, wniósł worek pełen prezentów na salę pełną łóżek z leżącymi na nich dziećmi, które wpatrywały się w Mikołaja swoimi wielkimi, błyszczącymi oczkami. Natychmiast rozdał upominki dla każdego z dzieci.
Były zachwycone prezentami. Jeden chłopiec dostał pociąg, drugi autko, jedna dziewczynka dostała lalkę, kolejna bransoletkę. Było dużo radości i głośnych okrzyków dzieci.
Została jeszcze najmłodsza dziewczynka, która siedziała samotnie w kąciku pokoju. Zapytana przez Mikołaja, powiedziała, że nie chce żadnych zabawek, ale bardzo chciała mieć rodzinę - mamę i tatę. Święty Mikołaj posypał na dziewczynkę magicznym brokatem i stały się cuda! Nagle w drzwiach ukazali się prawdziwi rodzice dziewczynki, którzy szukali jej od dłuższego czasu. Nie mogli uwierzyć, że dzięki magii znowu mogli być razem ze swoją ukochana córeczką Amelką. W ten piękny magiczny dzień Wigilii Bożego Narodzenia dzieci w końcu były szczęśliwe. Mikołaj powrócił do Laponii wraz ze swoimi reniferami. Od tego czasu Święty Mikołaj co rok odwiedzał dzieci z sierocińca i nikt już nie był smutny w ten dzień.
Wiktoria Gezella, klasa VI Szkoła Podstawowa nr 14
Jeśli ktokolwiek powie wam, iż Święta są głupie, a ja nie istnieję, nie wierzcie mu i cieszcie się tym cudownym czasem i pamiętajcie najważniejsze jest, to by mieć kogoś z kim można spędzić Święta.
Jak się ożeniłem
Witajcie drogie dzieci, jestem Świętym Mikołajem, znacie mnie pewnie z książek i opowieści. Dzisiaj opowiem wam jak poznałem moją żonę, panią Mikołajową, która tak naprawdę ma na imię Alicja oraz opowiem wam trochę o moim dzieciństwie. Musicie wiedzieć, że zdobycie serca mojej ukochanej było trudne. Chwila, ale zacznijmy po kolei. Zacznę od tego, że kiedyś dawno, dawno temu Mikołajowie nie byli przepełnieni atmosferą Świąt, tak jak ja i traktowali je jak obowiązek co sprawiało, że nie były one tak przyjemne. Właściwie nie było wtedy czegoś takiego jak atmosfera świąteczna, to ja jako pierwszy zacząłem ją czuć. Nie chciałem taki być i powiedziałem to mojemu ojcu, który był jednym z tych ponurych Świętych, ale zaczął krzyczeć.
Teraz przenieśmy się do przeszłości…- Tato, dlaczego Święta nie są wesołe i pełne radości? Zapytałem ze smutkiem. - Dziecko, bo nie na tym one polegają. Odparł. - No tak, al… -Przestań wymyślać Mikołaju, ludzie robili tak od wielu lat a ty chcesz to zmienić. - Ale tato... -Koniec rozmowy, niee! Poszedłem wtedy do swojego pokoju i zacząłem płakać. Zanim się obejrzałem nastała noc i musiałem się położyć. Następnego dnia pojechałem z moim ojcem do jego pracy. Zawsze jako dziecko uwielbiałem jeździć z tatą do fabryki, gdyż znajdowałem tam jakieś ciekawe zajęcie.
Zazwyczaj oglądałem listę niegrzecznych dzieci i zastanawiałem się czemu są takie niemiłe. Pewnego dnia na pierwsze miejsce tej listy wskoczyło zdjęcie pięknej dziewczynki. Od razu jak ją zobaczyłem wiedziałem, że będziemy sobie bliscy. Po powrocie do domu nie mogłem spać. Całą noc myślałem o tym, iż chyba się zakochałem. Miałem jednak wtedy dziesięć lat a ona sześć, ale to mi nie przeszkadzało. Następnego dnia spytałem taty… -Czy moglibyśmy odwiedzić niegrzeczne dzieci? - Nie widzę w tym sensu. Po co? Odpowiedział mi ojciec. - Bo, bo miiiii… Wstydziłem się oznajmić prawdę. - Niech zgadnę, chcesz je nawrócić. Powiedział do mnie mój tata. Ty i twoje pomysły. - Tak, zgadza się. Nie przyznałem się, że chodzi o miłość.
Na tym skończyła się nasza rozmowa. Nie chciałem nikomu się przyznać, że zakochałem się w tej sześcioletniej dziewczynie, jedynie prawdę wyznałem mojej przyjaciółce – Łucji. Powiedziałem jej wszystko i poczułem się dużo lepiej. Łucja zaczęła planować, jak możemy się spotkać. Pewnego wieczoru odebrałem list od niej, w którym przedstawiła mi swój plan i zaprosiła do niej do domu, by wszystko dokładnie zaplanować. - Słuchaj Łucjo, musimy zrobić to tak, by nikt się nie dowiedział, a zwłaszcza moi rodzice - oznajmiłem przyjaciółce. - Dobrze Mikołaju, ale czemu nie chcesz zdradzić im tego, co czujesz? - spytała. - Po prostu się wstydzę. Odpowiedziałem ze złością. - Dobrze nie złość się, chciałam pomóc - powiedziała drżącym głosem dziewczynka.
- Przepraszam, nie powinienem krzyczeć - przyznałem się do winy. - Nic się nie martw, wybaczam Ci - odparła już spokojnym tonem. - Tak w ogóle to, dlaczego masz na imię tak jak twój tata? - spytała z ciekawości. - Bo wiesz u nas w rodzinie jest tak, że po prostu prezenty musi rozwozić Święty Mikołaj, więc muszę mieć tak na imię, bo mam to robić po moim tacie. - O Boże, jak z Tobą rozmawiam to kompletnie zapominam, że będziesz latał w saniach i rozwoził podarunki. A nie powinno to być tajemnicą? - zapytała zdziwiona. - Jest sekretem, tylko ty wiesz - odpowiedziałem. - Czuję się zaszczycona - powiedziała z uśmiechem Łucja.
Nasza ustalona koncepcja polegała na tym, że w fabryce zobaczę adres dziewczynki a potem skradnę mojemu tacie sanie i polecę się z nią spotkać. Plan był prosty, lecz ryzykowny. Następnego dnia rozpocząłem akcję. Bardzo się bałem, że skończy się to tragicznie, ale udało się, dotarłem na miejsce. Tam zobaczyłem dziewczynę mojego życia. Była przepiękna wiedziałem, że pisana nam jest wspólna przyszłość. Nie przemyślałem natomiast co mam jej powiedzieć. W końcu po dwudziestu minutach podszedłem i przedstawiłem się. Po krótkim czasie rozmowy spytałem, czy możemy się przyjaźnić a ona odparła, tak. Zauważyłem, iż wcale nie była niegrzeczna i niesympatyczna, a wręcz przeciwnie była i jest świetną osobą.
- Witaj, mam na imię Mikołaj - oznajmiłem. - Cześć ja mam na imię Ala - odpowiedziała. - Cudne imię. - Dziękuję, twoje również - odparła z sympatią w głosie. - Tak właściwie jak się tu znalazłeś i czemu jesteś u mnie w domu? - spytała zdziwiona. -To dość długa historia, przejeżdżałem obok i zobaczyłem w twoim oknie… -próbowałem coś wymyślić - świąteczne dekoracje i chciałem spytać skąd je macie. - Przecież nie mam w domu żadnych dekoracji, a nawet jeśli bym miała, to nie możesz tak sobie wchodzić do mojego mieszkania bez zaproszenia. - Aha, to chyba mi się przewidziało i bardzo przepraszam. Tak naprawdę to miałem zakład z kolegą czy tu wejdę.
- Czemu nie powiedziałeś od razu? - Ponieważ się wstydziłem, bo ten zakład jest głupi. - Zgadzam się z Tobą, to głupota. Ala zaprosiła mnie na herbatę, podczas której wybaczyła mi. Nawet opowiedzieliśmy sobie mnóstwo żarcików, aż wreszcie odważyłem się spytać: - Czy moglibyśmy się przyjaźnić? - spytałem z nadzieją. - Jasne - odpowiedziała sześciolatka z uśmiechem na twarzy. Bardzo się ucieszyłem, jednak spojrzałem na zegarek i pożegnałem się z przyjaciółką. -Przepraszam, moja droga, ale muszę już iść - oznajmiłem ze smutkiem w głosie. - Wielka szkoda. Czy spotkamy się jeszcze? - spytała Ala. - Mam nadzieję. - W takim razie do zobaczenia. - Do zobaczenia.
Po tej rozmowie dyskretnie wróciłem do domu szczęśliwie bez żadnych wpadek. Zastanawiałem się czy powiedzieć rodzicom, że lista nie działa prawidłowo, czy milczeć. Po długim namyśle zdecydowałem, że powiem prawdę. - Ojcze? - spytałem. - Tak, synu? - Ja chciałem Ci się do czegoś przyznać. -Słucham, Mikołaju. - Hmmm. Nie wiem od czego zacząć. Zastanawiałem się. W fabryce na spisie nieuprzejmych dzieci zauważyłem piękna dziewczynę. - Zaraz, zaraz masz na myśli Alicję. Przerwał mi. -Tak - powiedziałem cicho i niepewnie. - No i ? O co chodzi? - spytał mnie ze zdziwieniem. - Dobrze zacznę od tego, że jak ją zobaczyłem to się zakochałem…
-Co?! - krzyknął. - Nie dałeś mi dokończyć - wtrąciłem. - Dobrze, dokończ - powiedział mi, starając się ochłonąć. -A więc moja koleżanka pomogła mi sporządzić plan, który polegał na sprawdzeniu adresu Ali i wykradnięciu twoich sań - oznajmiłem. - Chyba tego nie zrobiłeś? -Tak, zrobiłem - powiedziałem ze strachem. - Synu, jestem zawiedziony. Przecież mogłeś mi powiedzieć. Nie jestem potworem, jakoś byśmy to załatwili. - Ale, ja się bałem. - Przez to co zrobiłeś, dostaniesz karę. Po szkole będziesz od razu szedł do swojego pokoju i nie będziesz jeździł ze mną do mojej pracy przez tydzień - oznajmił mi ojciec. - Słusznie, zasłużyłem na nią - odpowiedziałem.
Na tym zakończyła się nasza rozmowa. Od razu udałem się do własnego pokoju i zacząłem zastanawiać się co będę robić podczas mojej kary. Zacząłem pisać list do Łucji. Pewnie zastanawiacie się czemu nie dzwoniłem tylko pisałem list, ale przypomnę wam, że to opowieść z mojego dzieciństwa i działo się to jakieś sześćdziesiąt pięć lat temu, a wtedy nie było tej całej technologii. Ale wracając do pisania wiadomości do przyjaciółki. Droga Łucjo! Piszę do Ciebie, by oznajmić Ci, że mam karę, gdyż wyznałem rodzicom całą prawdę. Nie mogłem wytrzymać i powiedziałem tacie o saniach i Alicji. Był zawiedziony, że zrobiłem to w sekrecie i mu nie powiedziałem. Czekam na twoją odpowiedź. Pozdrawiam, Mikołaj.
Bardzo szybko otrzymałem odpowiedź. Drogi Mikołaju! Piszę, by odpisać Ci na twój list i przedstawić Ci moje zdanie. Myślę, że przyznanie się do błędu było dobrym pomysłem. Przykro mi z powodu twojej kary. Jednak, gdy nie masz nic do roboty możemy pomyśleć o ponownym spotkaniu z Alą i tym razem może poradzimy się Twoich rodziców. Mam nadzieję, że będziemy często korespondować. Trzymaj się. Łucja. Po otrzymaniu tej wiadomości zabrałem się do pisania kolejnej i tak pisałem listy codziennie, aż minęła moja kara. Gdy byłem już wolny tak, jak to było w planie, spytałem się rodziców o ponowne spotkanie z nową przyjaciółką i mi pozwolili. Co więcej zawieźli mnie do niej i odbyliśmy razem świetną rozmowę.
Spotykaliśmy się tak przez parę lat do czasu, gdy zerwaliśmy kontakt w wieku piętnastu lat. Mój ojciec zlecił naprawę listy niegrzecznych dzieci oraz stał się bardziej radosny.Przepraszam, ale teraz muszę przeskoczyć troszkę czasu, a mianowicie dziewięć lat, do dnia, gdy pierwszy raz moja dłoń otworzyła drzwi otwierające uczelnię. Pewnie teraz powiecie, ale jak to możliwe, że Mikołaj studiował i co? Już tłumaczę, bo tak naprawdę mając dziewiętnaście lat nie chciałem rozwozić prezentów. Wynegocjowałem z rodzicami, iż mogę iść na studia, a potem zobaczymy. I tak w dniu, kiedy zaczynały się pierwsze zajęcia zobaczyłem, że w mojej grupie jest właśnie Alicja, ta Alicja!!! - Mój Boże, to ty Alu? - spytałem podekscytowany.
- Tak. Odpowiedziała. Ty masz na imię Mikołaj? - spytała niepewnie. -Oczywiście, że tak. Pamiętasz mnie? Przyleciałem do Ciebie i zostaliśmy przyjaciółmi. - Już kojarzę, ale zaraz, zaraz przyleciałeś chyba przyjechałeś? - Ta. Przepraszam, przejęzyczyłem się. - Zapomniałem, iż nie wolno mi wyznawać mojego sekretu. - Nie ma sprawy, każdy się myli. - O Boże nie wierzę, że się spotkaliśmy po tylu latach. - Ja też. Rozmawialiśmy tak jeszcze długo. Po roku na uczelni zostaliśmy parą. Po szkole nadal byliśmy razem. Wyjawiłem jej mój sekret, jednak wydaje mi się, iż był to dla niej za duży szok, gdyż straciliśmy kontakt.
Oczywiście prawdziwa miłość to przeznaczenie, więc jak się domyślacie znów się spotkaliśmy, tym razem w pracy. Okazało się, że obydwoje pracowaliśmy na poczcie i los skazał nas na ponowne spotkanie. - Mikołaju! Witaj, co za zbieg okoliczności. - Alu! Witaj. - Ty też tu pracujesz? - spytała zdziwiona. - Tak, a ty? Nigdy cię tu nie widziałem. - Dzisiaj mój pierwszy dzień - oznajmiła mi cała podekscytowana. - W takim razie życzę Ci powodzenia. Tak po miesiącu pracy znów byliśmy razem a przy Ali znowu chciałem być w przyszłości Świętym Mikołajem. Zbliża się koniec mojej opowieści, więc muszę się pośpieszyć. Nie przedłużając zatem… Teraz opowiem wam o moich oświadczynach. To było tak.
Zabrałem ją saniami ojca na Biegun by pokazać fabrykę zabawek. Tam już czekały Elfy z przygotowaną dla Alicji niespodzianką. Wręczyłem jej pierścionek, prosząc o jej rękę. Pierścionek był wyjątkowy, wykonany z lizaków, a miejsce oświadczyn było bajecznie kolorowe. Potem zaczęły się przygotowania do ceremonii ślubnej. Gdy zmarł ojciec, przejąłem jego obowiązki a Alicja stała się Panią Mikołajową. Tak oto wygląda nasza historia.- Alicjo Biegun czy wyjdziesz za mnie? - Tak, oczywiście. - Oczywiście, możesz to przemyśleć, gdyż życie pani Mikołajowej nie jest łatwe. - Już przemyślałam, tak! - Jak się cieszę! Nasz ślub był magiczny. Z panią Mikołajową dostawaliśmy mnóstwo prezentów. Niektóre z nich nadal trzymamy.
To były nasze przysięgi: - Ja Mikołaj, ślubuję Ci, Alu, wieczną miłość, wieczną uwagę, niekończące się przygody oraz że będę twoim Aniołem Stróżem, gdy on będzie na urlopie. - Ja Alicja, ślubuję Ci, Mikołaju wieczną miłość, oddanie się twojej pracy i że dopilnuję, by każde dziecko dostało prezent. Warto również opowiedzieć o naszej podróży poślubnej. Lataliśmy saniami po całym świecie i było cudownie. Widzieliśmy mnóstwo miast z góry. - Wiesz, Mikołaju, ja nigdy nie sądziłam, że będę kiedyś latać nad światem w saniach Świętego Mikołaja. -Ja natomiast, nie sądziłem, że znajdę sobie tak cudowną kobietę. -Mam nadzieję, iż dam sobie radę w roli osoby współorganizującej Święta Bożego Narodzenia. -Na pewno. Mam nadzieję, że rozsiejemy magię Świąt po całym świecie.
- Kochanie, czy moglibyśmy się tu zatrzymać? Mieszkają tu moi rodzice, chcę, byś ich poznał. - No tak, Londyn. Czy twoi rodzice nadal mieszkają w tym samym domu, w którym się poznaliśmy? Cóż, dzieci, na tym muszę skończyć moją opowieść, gdyż mam mnóstwo pracy i mało czasu. Mam nadzieję, iż wam się podobała. Mam przeczucie, że jeszcze się spotkamy i będę mógł opowiedzieć wam inną historię, która was zaciekawi. O jejku, zapomniałbym, jeśli ktokolwiek powie wam, iż Święta są głupie, a ja nie istnieję, nie wierzcie mu, cieszcie się tym cudownym czasem i pamiętajcie: najważniejsze jest to, by mieć kogoś, z kim można spędzić Święta.
Zuzanna Lach, klasa VI Szkoła Podstawowa nr 10
Pamiętaj, Ty też możesz być „Świętym Mikołajem” – trzeba tylko w to uwierzyć!
Ty też możesz być „Świętym Mikołajem”
Gdy nadszedł wigilijny wieczór Świąt Bożego Narodzenia, Mikołaj miał dużo pracy. W końcu w jedną noc musiał okrążyć cały świat! Latał saniami od domu do domu. Był już w tylu krajach, nad morzem i w górach….. Podczas odpoczynku reniferów sprawdził na swojej liście do kogo jeszcze ma lecieć i ruszył dalej w drogę. - No dobrze – rzekł – to teraz lecę do Zosi. Ona była w tym roku bardzo grzeczna i z pewnością dostanie wymarzoną lalkę. - Hmmmm, ale Adaś niestety nie :( – pomyślał. - Muszę dla niego coś wymyśleć… Przecież nikt nie może być dzisiaj smutny!!!
Gdy już skończył rozdawać prezenty, usiadł i zaczął rozmyślać o wszystkich uśmiechach na twarzach dzieci, gdy zobaczą prezenty 😊. Aż tu nagle! zauważył…. trzęsącego się z zimna, siedzącego pod sklepem człowieka. Wszyscy ludzie byli tak zabiegani, że przechodzili obok niego obojętnie. Chcieli tylko już spotkać się z rodziną, ale Mikołaj natychmiast podleciał. Gdy sanie osiadły na ziemi, spytał go jak ma na imię. On lękliwie odpowiedział, że Grzegorz i dodał: - Zimno mi i bardzo jestem głodny! Czy możesz mi pomóc ? – spytał ze wstydem. - Oczywiście! To moje zadanie! – z dumą odezwał się Mikołaj i wręczył Bezdomnemu jedzenie i picie.
Grzegorz był bardzo wdzięczny. Święty Mikołaj oddał mu również swój cieplutki koc, który Jego Elfy zrobiły mu na drutach.
Dobroczyńca pomyślał, że nie może Grzegorza tutaj tak zostawić, więc odparł. - Wsiadaj do moich sań! Zabiorę Cię w ciepłe i bezpieczne miejsce! – z radością zawołał. - Naprawdę? – Grzegorz tak się ucieszył, że się popłakał. Lecąc, Mikołaj zauważył budynek z napisem „dom dla bezdomnych”. Skierował renifery ku domowi, po czym wysiedli z sań. Grzegorz bardzo dziękował Mikołajowi i zapytał jak może się Jemu odwdzięczyć. Ale Mikołaj na te słowa odparł: - Pamiętaj, Ty też możesz być „Świętym Mikołajem” – trzeba tylko w to uwierzyć! Ta odpowiedź bardzo zdziwiła Bezdomnego, który dopiero po paru dniach to zrozumiał….
Klaudia Tomaszek, klasa VI Szkoła Podstawowa nr 37
Świąteczna Magia
Moi wspaniali przyjaciele: elfy, renifery, Pani Mikołajowo! Chciałbym opowiedzieć Wam pewną przygodę o tym, jak dwoje dzieci odnalazło Magię Świąt. Mam nadzieję, że się spodoba. Wszystko co teraz usłyszycie, wydarzyło się naprawdę... Był piękny zimowy poranek. Mikołaj jak zawsze przed świętami przeglądał listy od dzieci z całego świata. Co roku w przesyłkach widział te same prośby, ale w tym roku po raz pierwszy jedno z dzieci napisało coś, czego Święty się nie spodziewał ...
Kilka dni wcześniej w małym miasteczku, w Polsce: - Michale, napisałeś w tym roku list do Świętego Mikołaja? - spytała Marta. - Przecież wiesz, że Mikołaj nie istnieje. - odpowiedział chłopiec. - Według mnie jest on z krwi i kości tak jak Ty! - stwierdziła dziewczynka. - Więc dlaczego nikt go jeszcze nie widział? - zapytał Michał. - Bo.. bo... - Marta nie wiedziała co odpowiedzieć. - Nikt go nie widział, bo NIE jest PRAWDZIWY!!! Muszę już iść. Zaraz zaczynam zajęcia dodatkowe. Do zobaczenia jutro! Gdy skończył mówić, poszedł do domu. „Mikołaj istnieje! Udowodnię to Michałowi. Tylko jak??” - pomyślała Marta.
Następnego dnia dziewczynka wiedziała już, co zrobi. W sklepie papierniczym kupiła kolorowe kartki i kopertę. Napisała list i wysłała go do Świętego Mikołaja. … Gdy dorosły przeczytał treść przesyłki postanowił odpisać Marcie. Był 20 grudnia, gdy dziewczynka otrzymała małą paczuszkę. Od razu po otwarciu, zadzwoniła do Michała. Gdy chłopiec dotarł na miejsce, Marta zaprowadziła go do parku i pokazała przesyłkę. - Widzisz tę paczkę? - spytała dziewczyna. -Tak. - odpowiedział kolega. -Wysłał ją Święty Mikołaj. - wyszeptała podekscytowana Marta.
-Święty Mikołaj? - powiedział Michał pękając ze śmiechu. - Niezły żart. - Ja nie żartuję. Sam zobacz. - dziewczynka podała chłopcu pudełko. Chłopiec je otworzył. W środku znajdował się mały dzwoneczek i list. - Myślisz, że w to uwierzę? - powiedział rozbawiony. - Dostałaś paczkę z dzwonkiem Rudolfa i listem od samego Mikołaja?! Niemożliwe. - Przeczytaj - powiedziała lekko zdenerwowana Marta. - Co przeczytać? - List oczywiście!
Michał zaczął czytać: Droga Marto! Myślę, że masz rację. Przyda mi się pomoc w rozdawaniu prezentów. Przyjdź razem z Michałem 24.12. o 16:30 na wielką polanę za ratuszem. Tam zaczniemy naszą wspólną podróż. Mikołaj PS. Do zobaczenia! - Pójdziesz ze mną? - spytała dziewczynka. - Chętnie zobaczę tego “Mikołaja” - odpowiedział chłopiec, nie mogąc opanować śmiechu. Był poranek 24.12. Wszystkie dzieci myślały o tym, że wieczorem dostaną prezenty, ale Marta myślała o czymś zupełnie innym... - Dzisiaj zobaczę Mikołaja! Zobaczę Mikołaja! - wołała biegając po pokoju. - Ciszej, bo się Święty rozmyśli i go nie spotkasz. - powiedział Michał.
- Kiedy przyszedłeś? - spytała zawstydzona koleżanka. - Jakieś pięć minut temu - odparł chłopiec. - Nie mogę się doczekać tego spotkania. To będzie najlepszy wieczór w moim życiu!! Gdy tylko zaczęło się ściemniać, przyjaciele ruszyli na miejsce wybrane przez Świętego. Były tam wysokie drzewa i duże krzaki. Dzieci myślały, że nie znajdą polany, gdy nagle usłyszały brzęczenie dzwonków. - Idźmy za tym dźwiękiem - zaproponowała Marta. Ruszyli. Po dziesięciu minutach znaleźli łąkę. Na miejscu zobaczyli ogromne, czerwone sanie, przy których chodziło osiem reniferów. - Witajcie. Jesteście gotowi na wieczór pełen emocji? - zapytała postać wychodząca z sań.
- Mikołaj - powiedział zdziwiony Michał. - We własnej osobie - odpowiedział Święty. - Niesamowite...- chłopiec nadal nie mógł uwierzyć w to, co widzi. - To co? Zaczynamy podróż? - zapytał dorosły. - TAK!!!- zapiszczała radosna Marta. Dzieci usiadły obok Mikołaja i rozpoczęli wyprawę. - Najpierw rozniesiemy prezenty tutaj, a później objedziemy, a właściwie oblecimy całą Ziemię. - Widzisz, Michał? Mówiłam, że On - wskazała na Mikołaja - istnieje. -Chyba muszę przyznać, że masz rację. - odpowiedział przyjaciel. Podróż była cudowna. Rozmawiali, śmiali się i zadawali pytania, a kierowca odpowiadał cierpliwie. Już pokonali połowę drogi ,gdy nagle... BUUUM TRACH BUUM BUM TRACH!
- Co się stało? - spytała wystraszona dziewczynka. - Zabrakło nam Świątecznej Magii - stwierdził smutno Mikołaj. - Czego? - spytał Michał. - Świątecznej Magii, dzięki niej sanie latają i mogę szybko roznieść prezenty, ale bez niej świąt nie będzie. - Jak to świąt nie będzie?! - Marta wystraszyła się jeszcze mocniej. - Przecież musi być jakiś sposób, by je uratować. - Świąteczna Magia rodzi się w sercach. Jeśli chcemy uratować Boże Narodzenie, musimy wszystkim potrzebującym: i ludziom, i zwierzętom dać miłość oraz radość. Jest to trudne, ale nie niemożliwe. - powiedział Święty. - Co mamy robić? - zapytał Michał. - Umiecie śpiewać kolędy? - odpowiedział pytaniem Mikołaj. - Ja tak, ale nie wiem jak Michał - powiedziała Marta.
- Ja nie potrafię zaśpiewać ich z pamięci, ale z tekstu mogę spróbować - stwierdził trochę zawstydzony chłopiec.- W takim razie dam wam śpiewnik. Życzę wam miłego kolędowania. Ja w tym czasie postaram się naprawić sanie. Dzieci chodziły od domu do domu i śpiewały kolędy. Kilka osób nawet dało im pierniczki. Po niecałej godzinie zmęczeni przyjaciele wrócili do Mikołaja. - Świetnie się spisaliście! - usłyszały dzieci na powitanie - wskaźnik Świątecznej Magii podskoczył, aż o 7 świętomagów! Za piętnaście minut będziemy mogli ruszać dalej. Dzieci zadowolone pomogły dorosłemu skończyć naprawiać sanie. Ruszyli dalej. Lecieli, lecieli i lecieli... gdy nagle usłyszeli płacz. Wylądowali i poszli w kierunku tajemniczego głosu.
- To renifer! - stwierdził zaskoczony Michał. Podeszli bliżej. - Co się stało? - spytała zmartwiona Marta. - Wywróciłem się na lodzie i skręciłem nogę. Auuuu, jak boli!! - zaskomlało niezwykłe stworzenie. -On mówi - zauważył chłopiec, ale pozostali zachowywali się tak, jakby mówiące zwierzęta były codziennością. - Mogę zobaczyć? Może będę mógł jakoś pomóc? - powiedział Mikołaj do renifera. Zwierzę się zgodziło. Dorosły stwierdził, że stworzenie zwichnęło nóżkę. Święty zrobił opatrunek i pomógł wstać reniferowi. - Przepraszam, że się nie przedstawiłem. Nazywam się Karmelek. - oznajmiło zwierzę.
- Ja jestem Marta, to jest Michał, a tam jest... - zaczęła dziewczynka. - ...Święty Mikołaj - dokończył zadowolony Karmelek. Przyjaciele rozmawiali przez jakiś czas, ale jeśli dzieci chciały uratować Gwiazdkę, musiały lecieć dalej. W saniach zobaczyli, że poziom Świątecznej Magii wzrósł o 5 świętomagów. Następny niespodziewany przystanek był w małym miasteczku. Mieszkańcy smucili się, ponieważ ktoś zabrał wszystkie ozdoby świąteczne. Mikołaj razem z przyjaciółmi znaleźli złodzieja oraz dekoracje. Zwrócili ludziom ich własność, a rabusia odwieźli na policję. Mikołaj stwierdził, że poziom Magii wzrósł o 15 świętomagów. Do pełnej mocy Świątecznej Magii potrzebowali jeszcze 23, a czas uciekał. Gdy wykonali zadanie uznali, że chcą zwiedzić to urocze miasteczko.
Wędrując ulicami spotkali miłą staruszkę, która spytała ich, czy mogą pomóc w przygotowaniu wigilijnej kolacji dla całego miasta. Razem z grupą innych osób dzieci stworzyły cudowną ucztę. Dostali trochę posiłku na dalszą drogę i polecieli. Wskaźnik Świątecznej Magii wskazywał teraz liczbę 35, czyli brakowało jeszcze 15 świętomagów. - Boję się, że nie zdążymy uratować świąt. - powiedziała smutna Marta. - Od kiedy jesteś pesymistką? W Polsce jest dopiero 19:00, mamy jeszcze czas! - przyjaciel próbował pocieszyć koleżankę. -Twój przyjaciel ma rację, w niecałą godzinę zdobędziemy 100% Świątecznej Magii. Nie martw się, w tym roku święta będą takie jak zawsze, a może nawet jeszcze lepsze. - oznajmił pewny siebie Mikołaj.
Marta lekko się uśmiechnęła. Michał wiedział, że poprawił jej się humor i też się uśmiechnął. - Lecimy dalej? - spytał Święty. Dzieci pokiwały głowami i wsiadły do sań. Następnym przystankiem okazała się wyspa pingwinów. - Och, Mikołaju pomóż mi! - podróżnicy usłyszeli cichy, piskliwy głos. - Nazywam się Dziubek i nie wiem co dać rodzicom z okazji zbliżającej się gwiazdki. - Witaj, Dziubku! - przywitał się Święty Mikołaj. - Myślę, że mogę Ci pomóc. Co lubią twoi rodzice? - Ryby, jedzenie, dużo jedzenia, ślizgać się na brzuchu, … - wymieniał pingwin. -Jak lubią jedzenie to może coś im ugotujesz? - zaproponowała Marta.
-Nie wiem. Chciałem dać im coś, co będzie długo służyło oraz przypominało o mnie. - stwierdził Dziubek. - To może zbudujesz ślizgawkę? - podpowiedział Michał. - Dobry pomysł, tylko nie wiem czy zdążę. Za godzinę wigilia. - zmartwił się zwierzak. - Pomożemy Ci! - krzyknęła radośnie dziewczynka. Niecałe pół godziny później, obok domu Dziubka, powstała piękna ślizgawka z lodową rzeźbą na środku wykonaną przez małego pingwina. Dzieci pożegnały się z nowym przyjacielem i poleciały dalej. Teraz poziom Magii wynosił 45 świętomagów. Musieli zdobyć jeszcze pięć. Podróżowali przez kilka minut, gdy nagle usłyszeli krzyk i płacz. Wylądowali na małej polance. .
Obok lądowiska pod drzewem Michał zauważył młodego niedźwiadka, który próbował uwolnić się z pułapki. To on krzyczał. Gdy Marta też go zauważyła, pisnęła ze strachu.- Nie bój się, nic Ci nie zrobię. - uspokoił dziewczynkę miś. - Nazywam się Misiaczek i utknęła mi łapa. - Pokaż. - powiedział Michał. Niedźwiadek ustawił się tak, żeby chłopiec mógł zobaczyć pułapkę. W kilku szybkich ruchach kolega Marty uwolnił Misiaczka. - Dziękuję! - powiedział miś. Następnie przytulił chłopca. - To się dopiero nazywa niedźwiedzi uścisk. - stwierdził Michał. Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Po chwili pojawił się błysk światła. - Zorza polarna, jaka piękna!!! - zachwyciła się Marta. - To prawda. -potwierdził chłopiec.
-Wygląda na to, że właśnie wskaźnik Świątecznej Magii wskazał 100%. - oznajmił Święty. -Święta uratowane!!! - krzyknęli radośnie przyjaciele. Dzieci poleciały z Mikołajem skończyć rozdawać prezenty. Gdy wszystkie były już rozdane , Święty odwiózł swoich towarzysz podróży do domu. -Wesołych świąt! - zawołał. -Wesołych świąt! - odpowiedzieli przyjaciele. Następnego dnia rano Michał spotkał się z Martą. -Cześć! - powiedział. -Cześć! - przywitała się Marta. -Wiesz co, wczoraj miałem taki dziwny sen, że spotkałem Świętego Mikołaja. Latałem razem z nim saniami. A ty próbowałaś razem ze mną uratować święta.
- Dziwne, ale też miałam taki sen - powiedziała zmęczona dziewczynka. - Wiem, że to był tylko sen, ale tak bardzo realistyczny... - Michał chciał skończyć mówić, gdy nagle usłyszał... -Ho! Ho! Ho! Wesołych świąt! - przed oczami chłopca przeleciały czerwone sanie. - Do zobaczenia za rok! -Też to widziałaś? - spytał się Marty. -Ale co? -Nic. Pewnie coś mi się przewidziało. -Napiszesz list do Świętego ,,M”? -Czemu by nie? Po tym śnie chyba w niego uwierzyłem. * * *
…. I tak uratowaliśmy święta, a Michał zaczął wierzyć w Świętego Mikołaja. Od tamtego wydarzenia co roku dostaję od niego i od Marty listy. Chociaż oni myślą, że to wszystko było snem, Ja wiem, że to prawda. Dlatego dzisiaj spisuję to wydarzenie przy Was moi kochani, byście mogli potwierdzić, że książka jest prawdziwa, A wy, elfy, ją oprawcie. Jutro dam ją w prezencie Marcie i Michałowi, aby mogli opowiedzieć tę przygodę swoim dzieciom. Wesołych Świąt! Koniec :)
Lidia Boruch, klasa VII Szkoła Podstawowa nr 68
Tajemniczy Mikołaj
Rozsiądźcie się wygodnie, to będzie dosyć długa opowieść. Pewnego wspaniałego dnia chłopak o imieniu Michał, wstał z łóżka przeciągnął się i pomyślał: "Dzień jak co dzień, nic specjalnego". Jednak to nie był dzień taki, jak wszystkie, to był jego najważniejszy dzień w życiu, ale on jeszcze o tym nie wiedział. Był 23 grudnia. Chłopiec musiał iść do szkoły, i nie był z tego powodu zadowolony. Jego szkoła była… ale on tego nie dostrzegał. Michał bardzo, bardzo nie lubił chodzić do szkoły, można nawet powiedzieć, że nienawidził. Jego zachowanie było karygodne, był niewychowany, nie do opanowania, nie uczył się w ogóle, już nie mówiąc o jego odzywkach do nauczycieli czy kolegów.
Michał niechętnie, jak co dzień ubrał się ciepło i pojechał swoim rowerem do szkoły. Jechał tą samą drogą co zwykle. Najpierw ulicą Malinową, póżniej skręcał w prawo na rondzie, na ulicę Jastrzębią, na której znajdowała się szkoła imienia Świętego Mikołaja. Po chwili był już na miejscu. Chłopiec wszedł do szkoły i przy wejściu przywitała go Iga, jego znienawidzona koleżanka z klasy. - Hej Michał!- zawołała do niego radosnym głosem. - O Boże, znowu ona - powiedział zażenowany jej osobą Michał . Zignorował ją i poszedł odnieść kurtkę do szatni. Dryń, dryń, to był dzwonek na lekcje, chyba najbardziej nielubiany dźwięk Michała. Lekcje rozpoczynały się matematyką.
Chłopiec, nie śpiesząc się, poszedł do sali 23. Przypadek? Nie sądzę, ale tego dowiecie się później. Wszedł do sali i z hukiem usiadł w ostatniej ławce z Igą. Usiadł tam, ponieważ było to jedyne wolne miejsce w klasie. Nie był z tego powodu zadowolony.- Dzień dobry dzieci, siadajcie - powiedziała pani Gwiazdeczka od matematyki. - Dzień dobry! - odpowiedziała prawie cała klasa oprócz Michała. Chłopiec usiadł, wyjął zeszyt z nieodrobionym zadaniem domowym i szepnął do Igi: - Ej, Iga, masz zadanie? - Tak, a co, ty nie masz? Mogę ci dać, jak bardzo potrzebujesz - odpowiedziała nieco podejrzliwa Iga.
- No, no chcę, daj. - powiedział Michał z rozkazującym tonem. - No dobra, proszę. - powiedziała niespokojna dziewczynka. Michał wyrwał jej zeszyt, po czym rozerwał go na pół. Pani natychmiast posłała go do sali 24, gabinetu dyrektora, którego niemalże odwiedzał codziennie. - No, no Michał, co nawywijałeś? - napomknął na wejściu dyrektor. - Ja, nic. - powiedział Michał z niewinną miną. - Dobra, Michał, to jest przesada, żeby być czwarty raz w tygodniu u dyrektora. Mam dla ciebie dwa rozwiązania: wylatujesz albo zrobisz dobry uczynek. - Nie, nie ma mowy - powiedział przekonany Michał. - Zastanów się dobrze - odpowiedział dyrektor swoim istnie świątecznym głosem.
Chłopiec wybiegł z gabinetu i trzasnął drzwiami. Wyszedł ze szkoły, wsiadł na rower i pojechał do domu. Po dotarciu włączył komputer i zaczął grać. Grał tak długo, że zrobiło się ciemno. Michał postanowił położyć się spać, nie wiedział jeszcze co stanie się w nocy. Wiadome było jedno - ta noc go odmieni. Najpierw w jego śnie zawitał pierwszy Duch Świąt, duch przeszłych świąt. Przypomniał mu o jego wybrykach w zeszłą wigilię, podczas której wyrzucił prezent za okno i popchnął babcię, która zresztą odeszła w Nowy Rok. Wtedy jednak Michał nie przejął się krzywdą, jaką jej wyrządził, gdy jeszcze żyła. - Widzisz, co zrobiłeś? Dumny z siebie jesteś? - zapytał zażenowany jego zachowaniem Duch.
- Nie! - Michał odpowiedział bez wyrzutów sumienia. - Na pewno? - dopytywał nieprzekonany jego słowami Duch. Michał zaczął nad tym myśleć. - Czy na pewno? - zapytał sam siebie. Z zakłopotaniem odpowiedział Duchowi - Nie. - Dobrze, więc może drugi Duch Świąt czegoś cię nauczy...- po tych słowach Duch się rozpłynął. Chłopiec przemyślał jeszcze chwilę i śnił dalej. Nagle bez zapowiedzi pojawił się drugi Duch Świąt, duch świąt teraźniejszych. - Witaj Michale! - No hej, czego chcesz? - zapytał zakłopotany Michał. - Dowiesz się za chwilę...- po tym przeniósł go do wydarzeń, które nastąpią jutro, jeśli tego nie zmieni. Michał zobaczył sytuację, jak go wyrzucają ze szkoły, jak się z niego śmieją, jak on sam rozpacza za drzwiami szkoły.
- I jak, Michale? Zrozumiałeś coś? Przypomniały ci się słowa dyrektora? - Nie! Tak nie będzie! Kłamiesz! Po słowach Michała Duch Świąt rozpłynął się. Michał ponownie przemyślał zaistniałą sytuację, miał już lekkie wyrzuty sumienia. Skoro Michał nie zrozumiał drugiego Ducha Świąt, musiał pojawić się trzeci - duch przyszłych świąt. Pokazał chłopcu jego przyszłość, w której był bez rodziny, przyjaciół, sam! W pustym mieszkaniu. - Drogi chłopcze, czy zrozumiałeś już swoje błędy? - Tak, tak! Przepraszam! Jak mogę to zmienić? - Przypomnij sobie słowa Mikołaja per dyrektora.
- Co takiego? Dyrektor jest Mikołajem?- Tak - odparł Duch, po czym rozpłynął się w powietrzu, jak pozostałe duchy. Po słowach ducha Michał natychmiast obudził się i przypomniał sobie słowa dyrektora, ale nie te, które mu dzisiaj powiedział. Przypomniał sobie o słowach, które Mikołaj mówił na początku roku szkolnego. "Możecie do mnie dzwonić o każdej porze dnia i nocy". Chłopaka olśniło więc zadzwonił. - Mikołaju, czy to ty? - zapytał zdziwiony Michał. - Tak, Michale, to ja. - Co ja mam zrobić, żeby naprawić swoje błędy? - Przypomnij sobie moje słowa: "Zrób dobry uczynek" - po tych słowach Mikołaj rozłączył się.
- Ale jak?- pomyślał Michał. - Już wiem, jak naprawić swoje błędy. Naprawię swoje błędy, rozdając prezenty tym, którym zrobiłem coś złego. Jak powiedział, tak zrobił. Michał całą noc rozdawał prezenty, zaczynając od zapalenia znicza na grobie babci. Później pojechał do cioci, której nie lubił i przyniósł jej ciasteczka, które ukradł koleżance w szkole. Przynajmniej tak myślał, ale tak naprawdę to była zasługa Mikołaja, który je podrzucił. Michał obdarował wielu innych ludzi. Jego ostatnią stacją był dom Igi, jego znienawidzonej koleżanki. Zgadnijcie, co jej przyniósł. Zeszyt taki sam, jaki jej porwał i jeszcze dorzucił ciasteczka.
Zmęczony Michał odłożył rower, którym rozwoził prezenty i położył się spać. Nie pospał za długo, bo obudziła go mama z Mikołajem. Dyrektor podziękował mu za jego odwagę i dobroczynność. Wręczył mu bilet do fabryki zabawek, w której sam pracował. Michał ucieszył się tak bardzo, że przytulił Mikołaja i obiecał, że już nigdy nie będzie złym człowiekiem. Ucałował swoją mamę i podziękował jej za trud, z jakim musiała się zmagać. Od teraz Michał był najgrzeczniejszym chłopcem na świecie i nigdy nie zawiódł Mikołaja. P.S. Mikołaj wszystko widzi :)
SubtitleJoanna Jedynak, klasa VII Szkoła Postawowa nr 37
Mikołaj i misja "Rratować Święta!"
- Dzisiaj, dzisiaj jest ten dzień! – wykrzyczał Maciek. - Jaki dzień? - spytał się Krystian. - No przecież dzisiaj są święta – odpowiedział mu Maciek. - Aha, to już dzisiaj? - pytał ze zdziwieniem w głosie Krystian. - Tak! - krzyknął do niego Marcin. - Hm… ciekawe co robi Mikołaj…?- powiedział z zaciekawieniem Krystian. - No też się zastanawiam – odpowiedział mu Maciek. Tym czasem w siedzibie Mikołaja jest ciemno i zimno, ale nie nudno, Mikołaj zajmuje się swoją drugą pracą – jest tajnym agentem i ma za zadanie zwalczyć groźnego koronawirusa, który psuje jemu i wszystkim którzy na niego czekają, święta.
- Chyba musimy uciekać – krzyknął Mikołaj do Yeti swojego pomocnika. - Lawelubanudu – odpowiedział mu Mikołajowi Yeti, który od dłuższego czasu miał problem z wysłowieniem się i nikt go nie rozumiał. - Co się z tobą stało, od kilku tygodni nie rozumiem co do mnie mówisz? - zaniepokoił się Mikołaj. - Yeti, teleportuj nas gdzieś, szybko – powiedział Mikołaj – musimy działać i jak najszybciej złapać koronawirusa, bo już za długo panoszy się po świecie, nie pozwolę mu po raz kolejny popsuć świąt! Yeti tupnął nogą i otworzył się portal, po chwili byli już w domu dwóch braci, Maćka i Krystiana, którzy bardzo się zdziwili, że Mikołaj wraz z Yeti raptem znaleźli się w ich pokoju.
- Mikołaj?! - krzyknęli chłopcy. - A Yeti, to co? - spytał się Mikołaj. - Eee… a co to za garnitur? - spytał Maciek Mikołaja – czemu jesteś tak ubrany, Mikołaju? - Akurat jestem na tajnej misji, walczę z koronawirusem – odpowiedział Mikołaj. - To on jest widoczny, da się go zobaczyć? - zdziwił się Maciek. - Tak, jest widoczny – odpowiedział Mikołaj. - Czyli da się go zniszczyć! - krzyknął Krystian. - Nie do końca, trzeba też wiedzieć jak w niego uderzyć – powiedział Mikołaj. -Aha, rozumiem – powiedział Krystian.
- My musimy już lecieć, czas zadać korona ,wirusowi ostateczny cios, żeby znowu nie zepsuł nam świąt! - powiedział Mikołaj. - Możemy jechać z wami, Mikołaju? - spytali chłopcy. - Tak, jak najbardziej, przyda nam się wsparcie – odpowiedział Mikołaj. – Yeti, włącz teleport, lecimy. Po pewnym czasie znaleźli się po drugiej stronie kuli ziemskiej naprzeciwko koronawirusa. - Mikołaju, co teraz robimy? - spytał Maciek – Jak go pokonamy? - Aby zniszczyć koronawirusa musimy uderzyć go prosto w nos – powiedział Mikołaj. - Ale jak to zrobić? - zastanawiał się Krystian.
- Najlepiej zrobić to za pomocą łuku i strzały. Czy któryś z was umie strzelać, bo ja właśnie widzę że zapomniałem okularów – powiedział Mikołaj, szukając okularów w kieszeniach marynarki – Yeti, widziałeś moje okulary? - Ychy… - rozłoży ręce Yeti. - Pewnie wypadły mi w czasie teleportacji… - stwierdził Mikołaj. - Ja umiem strzelać z łuku, mam dobrego cela - powiedział Maciek. - Dobrze, bierz łuk od Yeti i strzelaj – zarządził Mikołaj. Maciek wziął łuk, przymierzył się, wycelował i strzelił w koronawirusa trafiając prosto w jego nos. Koronawirus wystrzelił w przestrzeń powietrzną i tam rozprysł się na drobny pył, który opadł na ziemię pod postacią białego śniegu, Pierwszego w tym roku.
- Najlepiej zrobić to za pomocą łuku i strzały. Czy któryś z was umie strzelać, bo ja właśnie widzę że zapomniałem okularów – powiedział Mikołaj, szukając okularów w kieszeniach marynarki – Yeti, widziałeś moje okulary? - Ychy… - rozłoży ręce Yeti. - Pewnie wypadły mi w czasie teleportacji… - stwierdził Mikołaj. - Ja umiem strzelać z łuku, mam dobrego cela - powiedział Maciek. - Dobrze, bierz łuk od Yeti i strzelaj – zarządził Mikołaj. Maciek wziął łuk, przymierzył się, wycelował i strzelił w koronawirusa trafiając prosto w jego nos. Koronawirus wystrzelił w przestrzeń powietrzną i tam rozprysł się na drobny pył, który opadł na ziemię pod postacią białego śniegu, Pierwszego w tym roku.
- Udało się!!! - krzyknęli wszyscy wesoło. - Uratowaliśmy święta – powiedział Yeti. - To Ty mówisz i można Cię zrozumieć? - zdziwił się Mikołaj. - Tak, przecież cały czas mówiłem – zdenerwował się Yeti, – ale nikt mnie nie rozumiał. - To pewnie przez koronawirusa nikt Cię nie rozumiał - powiedział Mikołaj. Mikołaj wraz z Yetim podziękowali chłopcom za pomoc w zniszczeniu koronawirusa i uratowaniu świąt, po czym teleportowali ich do domu, a sami udali się do swojej siedziby, aby zapakować prezenty i ruszyć z nimi w świat do wszystkich grzecznych (i nie tylko) dzieci!!!
Marek Kramarz, klasa VII Szkoła Podstawowa nr 33
Mikołaj odpowiedział, że na świecie jest wiele magicznych cudów i że one przytrafiają się nam na co dzień i czasem jest tak, że w pogoni za każdym dniem my ich nie dostrzegamy
Spełnione marzenie
Pewnego słonecznego, lecz mroźnego poranka, gdy wszyscy jeszcze smacznie spaliśmy w swoich łóżkach, usłyszałem jakiś dźwięk. Nie wiedząc dokładnie, co go wywołało, wstałem i podszedłem do okna w kuchni. Ku mojemu zaskoczeniu na samym środku podwórka stał renifer i przewrócone sanie. Nie mogłem uwierzyć, myślałem, że śnię. pobiegłem do pokoju, bo straszny hałas dobiegał też stamtąd. Ku mojemu zaskoczeniu przede mną stanął we własnej osobie Święty Mikołaj, taki prawdziwy!
Przetarłem oczy raz i drugi. Mikołaj stał w moim domu i, jakby tego było mało, mówi do mnie po imieniu: „Karolu, przyleciałem do ciebie, bo wiem, że marzysz o bardzo nietypowej rzeczy. Pragniesz ujrzeć choć na chwilę swą bliską osobę. Czy to prawda?”
„Tak, to prawda” – odpowiedziałem bez chwili zastanowienia i spytałem: „Czy Ty, Mikołaju, możesz spełnić moje marzenie, bym chociaż przez chwilę mógł ujrzeć mi tak bliską osobę, której nie zdążyłem powiedzieć, jak bardzo ją kochałem?” Tą kochaną osobą była moja prababcia. I wtedy Mikołaj odpowiedział, że na świecie jest wiele magicznych cudów i że one przytrafiają się nam na co dzień i czasem jest tak, że w pogoni za każdym dniem my ich nie dostrzegamy, ale gdy wieczorem położę się spać, ukochaną prababcię ujrzę we śnie. Każdemu dobremu człowiekowi zawsze spełniają się marzenia.
Karol Szczykno klasa VII, SPSP nr 25
Pewnego razu...
Pewnego razu, tuż przed świętami Bożego Narodzenia, św. Mikołaj wraz z elfami i reniferami szykowali się do świąt. Prawie wszystkie prezenty zostały spakowane, wszystkie listy i prośby do Mikołaja zostały rozpatrzone. Mogłoby się wydawać, że wszystko zostało dopięte na ostatni guzik. Unosił się piękny zapach świąt. Pomocnicy św. Mikołaja pakowali podarunki do sań i w końcu wyruszyli. Sanie zaczęły się unosić. Na tle nieba wyglądało to cudownie. Po ciągłym wrzucaniu prezentów przez komin, cała drużyna Mikołaja musiała odpocząć. Wylądowali. Kiedy mieli chwilę na przerwę, wygodnie się rozsiedli. Zapadł całkowity mrok. W tym mroku trudno dostrzec było kogokolwiek.
Do sań niespodziewanie zbliżyła się dziewczynka. Była nieduża. Miała około ośmiu lat. Była w szoku. Od razu nawiązała konwersację. - Kim ty jesteś? - zaciekawiona spytała. - Jestem świętym Mikołajem. Czemu chodzisz tutaj tak sama? - Odeszłam na chwilę od mojej mamy, zgubiłam się - odpowiedziała zapłakana. - Pewnie bardzo się o ciebie martwi. Mikołaj bez namysłu wsiadł z dziewczynką do sań. Gdy zaczęły się unosić, nie wierzyła swoim oczom. Mikołaj zapytał ją o imię i zerknął na listę adresów wierzących w niego dzieci. Bardzo zdziwił go fakt, iż dziewczynka nie została tam wymieniona.
Zaciekawiony spytał: - Lubisz święta Bożego Narodzenia? - Nie przepadam, nigdy nic nie dostałam - odpowiedziała smutno. Zaskoczony Mikołaj zapytał dziewczynkę, czy była grzeczna w tym roku. Odpowiedziała, że tak. Nie wierzyła w Mikołaja, gdyż nigdy nic jej nie dał. Mikołaj wyciągnął ogromny prezent i wręczył dziewczynce. Uśmiechnęła się i przetarła łzy. Nakierowała Mikołaja na swój dom. Postanowił wejść do środka. Zapłakana mama dziewczynki była w szoku. Ucieszyła się, gdy ujrzała swoje dziecko. Dziewczynka przedstawiła Mikołaja swojej mamie. Zostawił trochę prezentów dla jej bliskich.
Jednak nie poprzestał na tym, postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i rozwikłać zagadkę, dlaczego dziewczynka nigdy nic od niego nie otrzymała. Odpowiedź była prosta. Jej mama chcąc, aby jej córka była świadoma życia od małego, rozmawiała przy niej o kupowaniu i planowaniu prezentów dla bliskich pod choinkę. W ten sposób pozbawiła ją wiary w Świętego Mikołaja. Uwierzyła dopiero wtedy, gdy go ujrzała. Mikołaj zawsze trafi do każdego dziecka. Nawet, gdyby miało to trwać osiem lat…
Aleksandra Bohan, klasa VIII Szkoła Podstawowa nr 44
Święty Mikołaj we własnej osobie
Maciek siedział przy stole i ospale mieszał zimne już mleko z płatkami. Z salonu słyszał ożywioną rozmowę swojej mamy i młodszej siostry. Westchnął. Jeszcze cały tydzień do wigilii, a cała jego rodzina zachowywała się tak, jakby miała nastąpić jeszcze dzisiejszego wieczora. Odkąd chłopiec odkrył, że prezenty przynoszą rodzice, stracił jakiekolwiek chęci do tego święta. Nagle coś trzasnęło w pokoju i rozległ się głośny płacz. - Nic nie szkodzi. Mamy jeszcze dużo bombek – dało się słyszeć głos mamy stłumiony przez zamknięte drzwi. - Z tego co wiem, to ta akurat była jedyna w swoim rodzaju. Dostaliśmy ją od dziadków parę lat temu – przypomniał tata rozsuwając przesuwane drzwi, łączące salon z kuchnią.
- Maciek, – zwrócił się do syna – pospiesz się. Zawieziemy ciebie i Laurę do babci, a mama i ja pojedziemy na zakupy. - Ja nie chcę do babci! – oburzył się chłopiec. - A to czemu? - zapytała mama wchodząc do pomieszczenia. – Pomożesz lepić pierogi, a z tego, co wiem, dziadek pojechał rano po choinkę. - Bezsensu to wszystko! Całe to jedzenie w święta jest okropne, dzielenie się opłatkiem nudne, a to śpiewanie kolęd w ogóle niepotrzebne! Ja chcę tylko, żebyście mi kupili te zabawki, co ostatnio oglądaliśmy w sklepie i chcę jeszcze tą nową grę! - Żeby dostać prezenty, trzeba być grzecznym, a w tym roku nawet nie napisałeś listu do Mikołaja – powiedziała mama, gdyż Maciek pierwszy raz tego nie zrobił. - Święty Mikołaj nie istnieje! - wykrzyknął chłopiec i pobiegł do swojego pokoju.
- Maciek, – zwrócił się do syna – pospiesz się. Zawieziemy ciebie i Laurę do babci, a mama i ja pojedziemy na zakupy. - Ja nie chcę do babci! – oburzył się chłopiec. - A to czemu? - zapytała mama wchodząc do pomieszczenia. – Pomożesz lepić pierogi, a z tego, co wiem, dziadek pojechał rano po choinkę. - Bezsensu to wszystko! Całe to jedzenie w święta jest okropne, dzielenie się opłatkiem nudne, a to śpiewanie kolęd w ogóle niepotrzebne! Ja chcę tylko, żebyście mi kupili te zabawki, co ostatnio oglądaliśmy w sklepie i chcę jeszcze tą nową grę! - Żeby dostać prezenty, trzeba być grzecznym, a w tym roku nawet nie napisałeś listu do Mikołaja – powiedziała mama, gdyż Maciek pierwszy raz tego nie zrobił. - Święty Mikołaj nie istnieje! - wykrzyknął chłopiec i pobiegł do swojego pokoju.
Trzasnął drzwiami i zrobił naburmuszoną minę. Nikt nie zmusi go do wyjazdu do babci. Rodzice znowu każą mu zajmować się jego młodszą siostrą. Przecież z nią się nawet nie da bawić! A jeszcze babcia ciągle tylko ją chwali, jaka ta Laura jest wspaniała. Oszaleć można! W końcu rodzice siłą zmusili chłopca do wyjścia z pokoju. Wszyscy wsiedli do auta i w ciszy pojechali do dziadków. - Chcecie ozdobić pierniczki? - zapytała babcia, kiedy auto rodziców zniknęło z podjazdu. Trzymała Laurę za rękę i wpatrywała się w swojego wnuka, wyrywając go z zadumy. - Nie mam ochoty – odpowiedział krótko Maciek. Babcia spojrzała na wnuka. Opierał się o ścianę z założonymi rękoma. - Co się dzieje? - spytała zaniepokojona. - Święta są beznadziejne – wymamrotał chłopiec.
- Cześć dzieciaki! - zawołał dziadek wesoło wchodząc na korytarz. - Kochanie, idź do dziadka, – babcia zwróciła się do swojej wnuczki – muszę pokazać coś twojemu bratu. Maciek wszedł za babcią na piętro. Skierowali się do małej domowej biblioteczki i usiedli w wygodnych fotelach. - Mam dosyć świąt – wyrzucił z siebie chłopiec – jeszcze rok temu widziałem, jak mama z tatą podkładają w nocy prezenty pod choinkę, a wcześniej czytali mój list do Mikołaja! Boże Narodzenie to jedno wielkie kłamstwo! Nie zamierzam go obchodzić i nie chcę, żeby rodzice zmuszali mnie do śpiewania tych wszystkich kolęd! - Maciuś, – powiedziała uspokajająco babcia – w święta nie chodzi tylko o prezenty. To czas spędzany z bliskimi.
- Ale co z tego skoro rodzice mnie okłamali? A gdzie Święty Mikołaj, latające renifery i góra prezentów? - Wiesz, kiedyś żył prawdziwy Mikołaj. W dawnych czasach to on roznosił prezenty. Nie wiem, co sprawiło, że przestał. - Kłamiesz babciu! - Tak sądzisz? - Oczywiście, chcesz mnie tylko pocieszyć. - Może sam chciałbyś się przekonać, czy Święty Mikołaj istnieje? - zapytała babcia tajemniczo spoglądając na chłopca. - No nie wiem… - Dobrze, zrobisz, jak będziesz uważał. Wystarczy, że napiszesz do niego list o swoich problemach i wieczorem wrzucisz go do kominka.
Babcia położyła dłoń na ramieniu wnuka i uśmiechnęła się, po czym wyszła. - Kłamstwa – powiedział pod nosem Maciek. Ale co, gdyby to była prawda? Nie, na pewno nie. Z każdą chwilą był coraz bardziej zły na Mikołaja. Jeśli rzeczywiście istnieje, to najwyraźniej nie wywiązuje się ze swojego obowiązku. W takim razie napisze co o nim myśli. Jak to mu zniszczył święta, bo nie dostał od niego żadnego prezentu. Chłopiec pobiegł po długopis i kartkę. Usiadł przy stole i się zamyślił. Napisał, co myślał, a z pomocą dziadka wyszło idealnie. - No, to co tam napisałeś? - zaciekawiła się babcia, gdy chłopiec wszedł do kuchni, by się pochwalić.
Kiedy pierniki zostały udekorowane, a większość nawet zjedzona, zaczęło się lepienie pierogów. Babcia wytarła białe od mąki ręce w fartuch i przeczytała: Niekochany Święty Mikołaju! Byłem Twoim fanem, zawsze pisałem do Ciebie listy, ale jak się okazało – żadnego nie przeczytałeś. Chciałem dostać wiele różnych rzeczy, ale Ty żadnej mi nie kupiłeś. Wciąż twierdzę, że nie istniejesz. Popsułeś mi święta. Mam nadzieję, że to naprawisz. Twój dawny przyjaciel, Maciek - Pamiętaj, żeby wrzucić go wieczorem do kominka – zaśmiała się babcia.
Okazało się, że rodzice pojechali jeszcze w odwiedziny do cioci i wujka. Nastał wieczór, a kiedy Laura zasnęła postanowiono, że dzieci zostaną na noc u dziadków. Zdarzało się to dość często, więc Maciek wraz ze swoją siostrą mieli tam nawet własny pokój. - Dobranoc skarbie – powiedziała babcia i pocałowała chłopca w czoło. Maciek długo nie mógł zasnąć. Pod kołdrą było mu za gorąco, a kiedy ją odkrywał, robiło się zimno. Zrezygnowany wstał po cichu i popatrzył na swoją siostrę. Blask księżyca wpadał przez szpary w zasłonie, co dawało pewne oświetlenie. Laura głęboko spała. Maciek uchylił lekko drzwi. Na korytarzu było ciemno. Zszedł ostrożnie po schodach, ale z powrotem wszedł na górę, kiedy usłyszał babcię krzątającą się po kuchni. Wrócił do łóżka.
Minęły całe wieki, kiedy w końcu zamknęły się drzwi sypialni dziadków. Chłopiec nasłuchiwał jeszcze przez chwilę, rozległo się ciche chrapanie. Wtedy wyszedł ostrożnie i zszedł na dół. Bał zapalić się światło, więc szedł po omacku. Parę razy o coś uderzył kolanem lub palcem u nogi, musiał wziąć się w garść, żeby nikogo nie obudzić swoim wrzaskiem. W kominku w salonie tlił się ogień. Maciek pamiętał, że na stole zostawił swój list. Wprawdzie nie był on w kopercie, ale chyba liczyła się treść? Niepewnie spojrzał na kominek. Może babcia tylko żartowała? Teraz chłopca ogarnęła złość. Święty Mikołaj nie istnieje! Po co w ogóle pisał do niego list? Wściekły cisnął kartką w ogień. Patrzył jak mały płomyk powoli pożerał papier z literami. - Nie dziwię się tobie.
Maciek usłyszał za sobą kobiecy głos. Przestraszony się odwrócił. Stanęła przed nim starsza kobieta. Chłopiec porównałby ją do swojej babci, gdyby nie to, że nieznajoma była dużo wyższa i chudsza. Miała wyraziste zielone oczy i siwe proste włosy ze srebrnymi pasemkami do ramion. Ubrana była w puchowy płaszcz o kolorze dopiero co napadanego śniegu. - Czy jest pani królową śniegu? - wyjąkał chłopiec. Kobieta się zaśmiała. - Na taką wyglądam? Pewnie tak. Jestem tu, ponieważ odczytałam twój list. Przykro mi, że zawiodłeś się na moim mężu. Sama nie mogę na nim polegać. - Pani to Mikołajka? - Możesz mnie tak nazywać. Mam na imię Eleanor. - Czy to znaczy, że Mikołaj istnieje naprawdę? - Mikołaj może istnieje, ale Święty już dawno nie – kobieta uśmiechnęła się smutno.
- Nie rozumiem – chłopiec był bardzo podekscytowany i oszołomiony. - Posłuchaj, Mikołaj potrzebuje pomocy, a sama nie dam rady. Chcesz mi pomóc? - Ale jak? - Maciek nie wiedział co powiedzieć. - Chodź ze mną – na te słowa w kominku buchnął ogromny ogień. W pomieszczeniu w sekundę zrobiło się gorąco. Po chwili płomienie zgasły i nastała ciemność. Eleanor wyciągnęła zza swojego płaszcza szklaną kulę wielkości dłoni. Potrząsnęła nią, a z jej wnętrza wydobyło się światło, dzięki któremu salon na nowo stał się widzialny. W kuli stał mały kamienny zameczek. Wykonany był z najmniejszymi szczegółami, przez co wyglądał jak prawdziwy. Na całą budowlę opadały płatki śniegu. Maciek przypomniał sobie, jak dwa lata temu dostał na święta podobną kulę. Tylko tamta nie świeciła. - Jak długo będzie padał śnieg w jej wnętrzu, kula będzie świecić – wyjaśniła pani Mikołajka.
Kobieta podeszła do kominka, a chłopiec zaraz za nią. Nie było w nim dna. Tylko czarna otchłań ciągnąca się zapewne wiele kilometrów w dół. - No to skaczemy. Maciek spojrzał niepewnie najpierw w otchłań, a potem na nieznajomą. Bo przecież nie znał tej kobiety. Skąd miał pewność, że może jej ufać? Rodzice zawsze ostrzegali go przed obcymi. Czasami musiał zostać sam w domu i zawsze pamiętać, że nie wolno nikomu otwierać drzwi. Nawet nie wiedział, jak ta pani dostała się do środka. - Śmiało – zachęciła, widząc wahanie chłopca, po czym wskoczyła w czeluść. Maciek stanął na krawędzi przepaści. Potem pomyślał o świętach i swoim liście. Na nowo ogarnęła go złość. Już pokaże temu Mikołajowi, jak to odebrał mu radość z Bożego Narodzenia. Zamknął oczy, wziął głęboki oddech i również skoczył.
Gdy tylko zaczął spadać, poczuł się jak w wesołym miasteczku. Czuł pęd powietrza. Myślał, że tunel jest wąski, ale gdy wyciągnął ręce najdalej jak potrafił, nie wyczuł żadnych ścian. Krzyczał na cały głos. Najpierw bardzo się bał, ale z czasem przyzwyczaił się i strach przerodził się w niesamowite doznanie. Chłopiec nie poczuł uderzenia. Najpierw pojawiła się mgła, która przesłoniła mu jakąkolwiek widoczność, a kiedy się rozstąpiła, jego oczom ukazał się zamek ze śnieżnej kuli. Tylko, że teraz był ogromny! Maciek zorientował się, że czuje pod sobą grunt. Zimna kamienista droga była wręcz bolesna dla jego gołych stóp. Przecież był w piżamie! - uświadomił sobie nagle. Oprócz drogi i zamku nie widział niczego innego. Resztę otoczenia przesłaniała gęsta mgła.
- Niesamowite! - wykrzyknął. - Kiedyś było tu pięknie – odezwała się znienacka Eleanor. – Mikołaj pracował, elfy mu pomagały. To miejsce tętniło życiem. - A co się stało? - zapytał zaciekawiony chłopiec. - Mój mąż po pewnym czasie stał się bardzo leniwy. Zaczął zaniedbywać swoje obowiązki. Elfy się wyprowadziły. Ja nie mogłam sama tego wszystkiego utrzymywać. Renifery odeszły, teraz zostały nam tylko trzy, którymi codziennie się zajmuję. - To straszne! - wykrzyknął poruszony chłopiec – A co z dziećmi? Co z naszymi prezentami? - Przepadły wieki temu. Teraz zamek jest tylko nudnym domem dla niewielu osób. - To czemu pani się nie wyprowadzi? - Mimo wszystko kocham swojego męża. W dodatku jestem związana ze swoim domem. A nawet nie wiem, czy udałoby mi się wpasować do waszego świata. Żyję już tyle lat…
- Ile? - Nie powinieneś pytać mnie o wiek – powiedziała urażona kobieta. – Ale dobrze, powiem ci. Po tym jak skończyłam dwieście lat, przestałam liczyć. - Jak to jest możliwe? - zapytał jeszcze bardziej zaciekawiony Maciek. Coraz bardziej ekscytowało go to wszystko. Stał przecież przed prawdziwym zamkiem! A znalazł się tu za sprawą skoku w przepaść! - Nie jestem pewna. Po prostu jakoś tak żyjemy. W końcu jestem żoną Świętego Mikołaja. Kiedyś byłam zwykłym człowiekiem, dopóki nie spotkałam Mikołaja. Wiem, że nigdy nie poznał swoich rodziców, wychowały go elfy. Ja przestałam się starzeć, kiedy zaczęłam tu mieszkać. - Czyli jest pani nieśmiertelna?! - Tego nie wiem – przyznała kobieta. – Lepiej chodźmy do środka zanim się przeziębisz, pewnie jesteś trochę śpiący. - W ogóle! Nie dam rady zasnąć! Nie po takich wrażeniach.
Mimo to, kiedy Eleanor zaprowadziła chłopca do jednej z wielu komnat, która była ciepła i przytulna, szybko zmorzył go sen. Maciek obudził się wypoczęty. Nie zapomniał o nocnych wydarzeniach. Kiedy zobaczył, że znajduje się w średniowiecznej komnacie, tylko utwierdził się w przekonaniu, że to wszystko nie mogło mu się tylko przyśnić. Zeskoczył z wysokiego łóżka i podszedł do łukowatego okna. Gdy spojrzał w dół, dostrzegł tylko mgłę. Gdyby nie elektryczna lampka nocna, pomyślałby, że znajduje się w innym wymiarze. Właściwie nie był pewny, gdzie tak naprawdę się znajduje. Otworzyły się mosiężne drewniane drzwi i do pomieszczenia weszła Eleanor. - Zrobiłam śniadanie. Jesteś głodny? Maciek znowu poczuł niepokój. Ciekawe, czy jego rodzina zauważyła już, że nie ma go w domu. Ale póki co, nic mu się nie stało. W dodatku pani Mikołajka wydawała się całkiem w porządku... Nikt go też do niczego nie zmuszał.
- Tak, chętnie bym coś zjadł – tak naprawdę zależało mu głównie na zwiedzaniu zamku. Przeszli długim korytarzem. Niestety, wbrew oczekiwaniom chłopca wnętrze zamku wyglądało bardzo przytulnie. Nie przypominało surowych budowli, jakie Maciek miał okazję zwiedzić na wakacjach z rodzicami. Ucieszył się dopiero, gdy Eleanor zaprowadziła go do stromych kręconych schodów. Poprzedniej nocy był tak oszołomiony, że niewiele pamiętał z drogi od bramy zamku do jego komnaty. Zeszli na dół, przeszli przez parę pomieszczeń i stanęli przed szerokimi drzwiami. Kobieta otworzyła je i oczom chłopca ukazała się wielka sala z bardzo długim stołem. Podłoga wyłożona została granatowym dywanem. Jedno spojrzenie na stół sprawiło, że na twarzy chłopca zagościł wielki uśmiech. To nie było zwykłe nudne śniadanie jak w domu, gdzie nie ma miejsca, by postawić talerz, bo każdy musi zmieścić się przy małym stoliku.
Przed chłopcem rozpościerał się widok prawdziwej królewskiej uczty. Góra tostów, jajecznica, omlety, naleśniki. Czego tam nie było! Zapach gorącego kakao mieszał się z delikatną nutą miętowej herbaty. Maciek patrzył na wszystko zachwycony. - To dla mnie? - zapytał zwracając się do towarzyszki. - Jasne, częstuj się – odpowiedziała Eleanor, wskazując jedno z wielu krzeseł. Sama usiadła dwa miejsca dalej. - Damy radę to wszystko zjeść? - zapytał Maciek nakładając na talerz naleśniki. - Jak mówiłam, trochę osób tu mieszka. Niedługo powinien przyjść mój elfi przyjaciel. - Mówiła pani, że elfy się stąd wyniosły – powiedział chłopiec z pełną buzią. – Ale dobre!
- Owszem, ale nie Skrzat. Próbowałam uzmysłowić mu, że zmarnuje tu sobie życie, oczywiście nie chciał tego słuchać. Obiecał, że nie zostawi mnie, jak się wyraził ,,z tym starym dziadem”. Teraz cieszę się, że został, bo ciężko o lepszego przyjaciela. Bardzo mi pomaga. - Elf nazywa się Skrzat? - zapytał Maciek zdezorientowany. - Tak jakoś wyszło – odpowiedział młodzieńczy głos, wchodząc do jadalni. Oczom chłopca ukazał się niski człowieczek, który wyglądał na dorosłego, mimo że mógł mierzyć zaledwie metr. Miał na sobie zwykłe ubrania, co rozczarowało trochę Maćka. Nie tak wyobrażał sobie elfy Świętego Mikołaja. - Przykro mi, że nie spełniłem twoich oczekiwań – zaśmiał się Skrzat, widząc minę chłopca – Cieszę się, że w końcu ktoś postanowił nas odwiedzić. - Chcę poznać Świętego Mikołaja! - wykrzyknął Maciek, przypominając sobie o swoim liście.
- Święty to on raczej nie jest – mruknął elf. – Jak zjemy, to cię do niego zaprowadzę. Kiedy wszyscy zaspokoili uczucie głodu, posprzątali po uczcie i wyszli. Maciek dostał świeże ubrania. Bardzo ucieszył się na widok skarpetek i butów. Miał dosyć chodzenia boso po zimnych podłogach korytarzy. Po pewnym czasie Eleanor odłączyła się od grupy i Maciek został sam z nowym znajomym. - Mogę mówić do ciebie „Skrzacie”? - zapytał nieśmiało chłopiec. - Takie moje imię – odparł elf. - Co robisz na co dzień? Pewnie nigdy się nie nudzisz na takiej przestrzeni. - Wykonuję swoje obowiązki. Sprzątam, pomagam gotować, dbam o zwierzęta. Mieszkanie w zamku może wydawać się fascynujące, ale po czasie orientujesz się, że to tylko osamotniona budowla. - Niemożliwe! – oburzył się Maciek – Ja nigdy bym się tu nie nudził! - Po czasie zmieniłbyś zdanie.
Rozmowa dobiegła końca. Teraz we dwójkę wpatrywali się w pięknie zdobione drzwi. Maciek wziął głęboki oddech. Tak długo czekał, by spotkać się z Mikołajem. Z jednej strony cieszył się, że naprawdę istnieje, ale z drugiej miał do niego ogromny żal. Skrzat otworzył drzwi i zaprosił chłopca do środka. Komnata nie robiła wrażenia swoją wielkością, ale była przestronna. Naprzeciwko wejścia stał tron, a na nim chrapał jakiś mężczyzna. W powietrzu unosił się zapach potu i długo niewietrzonego pomieszczenia. Maciek podszedł ostrożnie do nieznajomego. Był pulchny i miał gęsty zarost na twarzy. Spał twardo w niewygodnej pozycji. - Wstawaj staruszku! - krzyknął mu do ucha Skrzat – Masz gościa! Mężczyzna przeciągnął się i potarł sklejone oczy. Odnalazł ręką okulary wciśnięte w fotel. - Któż to? - zapytał zachrypniętym głosem, spoglądając na Maćka spod przymrużonych powiek.
- Czy to pan jest Świętym Mikołajem? - zapytał chłopiec nieco pewniej. - Niby tak, chociaż niektórzy mówią, że byłem – odpowiedział starzec. - To czemu pan nie ma długiej białej brody? - A po co mi? To strasznie niewygodne – Mikołaj wstał z drogocennego fotela i zaczął się przeciągać. - Co sprowadza cię do mojego domu? Maciek się zamyślił. Wzbierał w nim gniew. - Pan jest oszustem! - wykrzyknął – Święty Mikołaj powinien przynosić dzieciom prezenty! - Nie wszystkie dzieci na nie zasługują – odparł starzec. - To akurat prawda – wtrącił się Skrzat. – W ostatnich latach dzieci stały się naprawdę paskudne, a w dodatku bardzo wymagające. - Ale ja chcę prezenty! Co z tego, że inni nie zasługują! Ja byłem grzeczny! - Maciek zrobił obrażoną minę.
- Nieładnie z twojej strony tak wszystkiego żądać – odezwał się Mikołaj. – Powinieneś poprosić. - Może chcesz mi pomóc robić prezenty dla innych? - w drzwiach stanęła Eleanor. - Dla innych? - zapytał chłopiec bez przekonania. - Skoro Mikołaj jest taki leniwy, to może go wyręczymy. Dawałeś kiedyś komuś jakiś prezent? - Nie jestem Świętym Mikołajem – Maciek nigdy nie dał nikomu żadnego prezentu. To zawsze on coś dostawał. - Każdy może nim być. Chodź, pokażę ci – powiedziała żona Mikołaja zachęcająco. Maciek rzucił jeszcze obrażone spojrzenie Świętemu Mikołajowi i wyszedł z komnaty. Z powrotem weszli do jadalni, a Eleanor podeszła do wielkich szaf w rogu pomieszczenia.
- Zostało trochę rzeczy z poprzednich lat, a muszę się przyznać, że jestem wielką fanką ręcznych robótek – pani Mikołajka wyciągnęła różnorodne tasiemki, kartki, ozdoby, papier do pakowania. Było tego mnóstwo! Na początku Maciek patrzył na to wszystko sceptycznie, ale potem pomyślał o rodzicach. Kochał ich, mimo że często działali mu na nerwy. Mama na pewno musiała martwić się jego zniknięciem. Tak samo tata, babcia, dziadek i cała reszta rodziny. - Wiesz, Maciek – odezwała się Eleanor kładąc po kolei wszystko na stół. – Wiele dzieci nie ma takiego szczęścia, co ty. - Jak to? - zdziwił się chłopiec – Chodzi o to, że tu jestem? Kobieta się zaśmiała. - Nie, widzisz, nie każdy może pozwolić sobie na obchodzenie świąt. Kiedy Mikołaj zawiódł, twoi rodzice przejęli jego rolę. Powinieneś być im za to wdzięczny.
- Nigdy nie patrzyłem na to w ten sposób. Ale mogli mi powiedzieć, że prezenty nie są od Świętego Mikołaja! - Jak to nie? Przecież ci mówiłam, że każdy może nim być. Nie patrz na długą brodę czy sanie z reniferami. Liczą się nasze czyny. Popatrzmy na przykład na dzieci z sierocińca. Albo z ubogich rodzin. Mimo że nie dostają dużo prezentów, a czasami nawet wcale, to potrafią się cieszyć. Sekret udanych świąt leży nie w tym, co dostaniemy, ale jakie pozostaną nam później wspomnienia. Bogaci ludzie czasami nie lubią świąt, bo są samotni. Co im po prezentach? Nie mają z kim dzielić chwil. Na pewno najbardziej zapamiętałeś z poprzednich świąt tylko prezenty? - W sumie to nawet nie bawię się już tymi zabawkami – Maciek się zamyślił. – Pamiętam, jak tata wylał barszcz na biały obrus i mama była zła. Ale było śmiesznie! Albo jak wypadł mi ząb! Akurat kiedy babcia kazała mi zjeść rybę, a ja jej nie chciałem. To było szczęście!
Pani Mikołajka uśmiechnęła się do chłopca promiennie. - Mógłbym zrobić coś dla swojej mamy? Chciałbym jej podziękować. - Pewnie! - Eleanor, aż klasnęła w ręce. – Co powiesz, żeby później zrobić coś, by choć trochę uszczęśliwić nieszczęśliwych? - Czemu nie! A może zrobimy ozdoby i damy je tym biednym dzieciom?! - Maciek był coraz bardziej podekscytowany. - Chętnie pomogę! Ale najpierw wy pomóżcie mi! - z korytarza rozległ się jęk Skrzata. Zaciekawiony chłopiec wyszedł z jadalni i zobaczył małego elfa ciągnącego ogromny czerwony wór. - Co tam masz? - Maciek złapał za wór i pomógł go ciągnąć. - Udało mi się załatwić trochę zabawek. Ulepszą wasze podarunki. Gdy wielki wór znalazł się w jadalni, wszyscy spojrzeli do środka.
Były tam przeróżne rzeczy, zarówno dla chłopców, jak i dziewczynek. Maciek sam chciałby dostać niektóre z nich. A potem pomyślał o samotnych dzieciach. Wiedział, że w jego klasie był kolega, który mieszkał tylko z ciocią. Zrobiło mu się go żal. Postanowił, że jeden z prezentów będzie właśnie dla niego. Cała trójka pracowała wytrwale do późnego wieczora. Kolejne dni upływały, a kolorowych pakunków przybywało. Maciek wiedział, że do Wigilii został już tylko jeden dzień. - Nie wyrobimy się! - powiedział płaczliwie podczas obiadu. - Mamy za mało rąk do pracy – westchnął Skrzat. - Ważne, że cokolwiek mamy – Eleanor starała się podnieść wszystkich na duchu. – Co wy chłopaki, przecież się nie poddamy!
Po obiedzie Maciek został na chwilę sam w wielkiej sali. Wycinając gwiazdki w papierze, kątem oka zauważył jakiś ruch. Podszedł po cichu do otwartych drzwi. Okazało się, że stał w nich Mikołaj! - Pomóc ci? - wymamrotał. - Chętnie – Maciek zaprosił go gestem do środka – Przepraszam, że wtedy tak na pana nakrzyczałem. Starzec machnął ręką. - Nie przejmuj się. Należało mi się. Słyszałem, że przydałaby się wam pomoc. Jak na umówiony sygnał do komnaty weszło z dwadzieścia elfów. Żaden z nich nie był wyższy od Maćka. - Chętnie pomożemy – powiedziały chórem. Nagle do komnaty weszła Eleanor i Skrzat. Stanęli jak wryci i patrzyli z niedowierzaniem. - O co tu chodzi? - pierwsza odezwała się żona Mikołaja. - Miałem trochę starych kontaktów – powiedział Mikołaj, uśmiechając się.
Eleanor tak się wzruszyła, że po jej policzku spłynęła łza. - To zabierajmy się do pracy – przerwał Skrzat. Elfy podzieliły między sobą robotę. Wszyscy uwijali się w błyskawicznym tempie. Po paru godzinach każdy patrzył z uznaniem na górę ładnie zapakowanych prezentów. Oprócz przedmiotu, w każdej paczuszce znajdowała się jeszcze własnoręczna kartka zrobiona przez Maćka. Chłopiec dawno tak się nie napracował. Następnego ranka Maciek, Eleanor, Skrzat oraz reszta elfów zajadała śniadanie. Brakowało tylko Mikołaja. Maciek cały czas zastanawiał się co sprawiło, że Mikołaj był taki chętny do pomocy. - Jak dostarczymy te prezenty? – zapytał, pijąc herbatę. - Nie mam pojęcia – Eleanor się zamyśliła. – Nie mamy wystarczająco dużo reniferów. - Cześć wszystkim! - zawołał Mikołaj niespodziewanie wchodząc do jadalni. - Kochanie! - wykrzyknęła jego żona odchodząc od stołu – Czy ty się ogoliłeś? I założyłeś swój wigilijny strój! Co tu się dzieje?!
- Postanowiłem, że te święta będą wyjątkowe – odpowiedział wesoło. – Wesołych Świąt, kochani! Nagle wbiegło gęsiego dwanaście reniferów. - Och! - wyrwało się Maćkowi. Ogarnęła go niesamowita radość. Powoli podszedł do zwierząt. - Jak ci się udało załatwić aż dziewięć nowych reniferów? - zapytał Skrzat. - Tajemnica – powiedział tylko Mikołaj i uścisnął żonę. Następnie podszedł do Maćka i wyszeptał mu na ucho: - Dziękuję. Maciek nie wiedział do końca, za co Mikołaj jest mu wdzięczny, ale i tak się cieszył. Wieczorem na kamienistej drodze przed zamkiem stały wielkie czerwone sanie ze złotymi zdobieniami. Przed nimi prezentowało się dwanaście pięknych reniferów z ogromnym porożem.
Na tyłach sań górował worek wypchany prezentami. Maciek przypomniał sobie jak tu przybył. Ta przygoda bardzo go odmieniła. Tęsknił za rodziną, ale nie chciał też rozstawać się z tym miejscem, które tak dobrze poznał przez ostatni tydzień. - Maciek. zaczekaj! - zawołała Eleanor kiedy chłopiec zasiadał w saniach. Miał pomóc Mikołajowi, a potem wrócić do domu. – Mam coś dla ciebie. Żona Mikołaja podbiegła do chłopca. Dzisiaj miała na sobie piękną czerwoną sukienkę z białymi dodatkami. Strój podkreślał jej zielone oczy. Uśmiechała się szeroko. - Proszę, to prezent ode mnie – Maciek wziął od niej szklaną kulę, którą już wcześniej widział. Pamiętał, że kiedy się nią potrząsnęło i padał w niej śnieg, zaczynała świecić. - Dziękuję Pani Mikołajko – chłopiec przytulił kobietę. – Prezent dla pani zostawiłem w swoim pokoju. Niech pani otworzy dzisiaj w Wigilię.
- Kochany jesteś – wyszeptała, po czym podeszła do męża i zamieniła z nim kilka słów. Święty Mikołaj pocałował ją w policzek, pomachał wszystkim elfom i wskoczył do sań. Teraz siedzieli tam we trójkę: Mikołaj, Maciek i Skrzat. Ten ostatni uparł się, że koniecznie musi lecieć. Mikołaj jeszcze raz wszystkich pozdrowił i renifery poderwały sanie do góry. - Czy te prezenty nie wypadną? - zapytał zaniepokojony Maciek. - Nie martw się – odrzekł Skrzat. – Są specjalnie zabezpieczone. Renifery wleciały we mgłę, a kiedy się z niej wyłoniły, w dole rozpostarł się widok rozświetlonego miasta. Mimo, że była noc, w prawie każdym miejscu błyszczały kolorowe lampki. - Czemu tam nic się nie świeci? - Maciek wskazał na duży ciemny obszar. - Tam jest Dom Dziecka – odpowiedział Mikołaj – Jeden z ważniejszych celów naszej podróży. Zwierzęta zniżyły lot i po chwili stukotały kopytami po zaśnieżonym chodniku.
- Ponuro tu – mruknął Skrzat. Maciek wyskoczył z sani. Pogłaskał jednego z reniferów i zbliżył się do drzwi ponurego budynku. Zastukał mocno. Skakał w miejscu, by nie zamarznąć, gdy w końcu drzwi otworzyła starsza kobieta. - Słucham? - zapytała ponurym głosem, najpierw spoglądając na Maćka, a potem na Mikołaja, człowieczka niskiego wzrostu i sanie z reniferami. - Mamy prezenty dla dzieci – odpowiedział chłopiec. – Dla pani też na pewno coś się znajdzie – uśmiechnął się. - My nie obchodzimy… - kobieta nie dokończyła, bo przez drzwi przepchnęła się duża ilość dzieciaków. Mikołaj wraz ze swoimi pomocnikami rozdawał prezenty. Dzieci wydawały okrzyki radości, otwierając gwiazdkowe upominki. W końcu pożegnały się i wróciły zadowolone do sierocińca. Kiedy sanie ruszyły, Maciek zobaczył w oknach rozpromienione twarze.
- No to teraz twój dom – powiedział Mikołaj. – Cieszę się, że się spotkaliśmy. Przywróciłeś mnie do życia. Patrząc na ciebie, uświadomiłem sobie, co jest dla mnie najważniejsze. Spodziewaj się wspaniałych prezentów pod choinką. - W sumie to już mi tak bardzo nie zależy. Chcę się już zobaczyć z rodziną. - I ani trochę nie jesteś ciekawy, co dostaniesz? - zapytał tajemniczo elf, po czym się roześmiał. - No, może trochę – Maciek posmutniał. – Nie zapomnijcie o mnie, dobra? - Spokojnie, spotkamy się za rok. Pod warunkiem, że nie będziesz zbyt wymagający w kwestii prezentów – zażartował Skrzat. – Przekażemy jeszcze prezent dla tego twojego kolegi. - Dzięki, za wszystko. Tymczasem sanie wylądowały pod domem dziadków Maćka. Chłopiec wiedział, że to właśnie tam miała odbyć się Wigilia. O dziwo, ani przed domem, ani w oknach, ani nawet na drzwiach nie było żadnych ozdób.
Chłopiec pożegnał się ze Skrzatem i Mikołajem. Postanowili, że chłopiec sam przywita się z rodziną. Mikołaj miał zresztą jeszcze dużo pracy na ten wieczór. Maciek miał łzy w oczach. Nie lubił pożegnań. Pocieszał się, że w końcu zobaczy rodzinę. Zapukał cicho. - Maciek? - w drzwiach stała mama. Widać było, że płakała. – Piotr! Mamo! Tato! Maciek wrócił!!! Mama uścisnęła synka i się rozpłakała. Zaprowadziła go do salonu dziadków. Cała rodzina po kolei przytuliła chłopca. Maciek podszedł do kominka. Był taki jak zwykle. - Maciuś skarbie, co się stało? - zapytała płaczliwie mama i wszyscy skierowali spojrzenia na Maćka – Myśleliśmy, że ktoś cię porwał! - Musiałem pomóc Świętemu Mikołajowi – odpowiedział. Dorośli pokręcili głowami z niedowierzaniem. Tata poszedł odebrać telefon. Ciocia z mamą pobiegły do kuchni, by szybko nakryć do stołu.
- Udało się? - zapytała cicho babcia, kiedy zostali sami. - Jak najbardziej – Maćkowi nagle przyszło coś do głowy. – Ale muszę zrobić jeszcze jedną ważną rzecz. Chłopiec wziął długopis i ładną kartkę. Kochany Święty Mikołaju! Życzę Ci Wesołych Świąt, jako Twój najlepszy zastępca. Przeproś ode mnie Skrzata, że chwilowo zająłem jego miejsce. Przekaż mu też, żeby się nie martwił, bo każdy może zostać Świętym Mikołajem. Na zawsze oddany, Maciek Chłopiec starannie złożył kartkę i wrzucił ją do kominka.
Julia Kieres, klasa VIII Szkoła Podstawowa nr 37
To wydarzenie nauczyło mnie, że w życiu nie chodzi o wygląd i bycie modnym, lecz o to, aby cieszyć się z małych rzeczy i być po prostu sobą.
Prawdziwa magia świąt
Te święta zapowiadały się inaczej niż zwykle choć w sklepach roiło się od przeróżnych zabawek i ozdób bożonarodzeniowych. Przygotowania do Wigilii wyglądały dość zwyczajnie, jednak czegoś brakowało – radosnego klimatu świąt. Niby wszyscy dobrze wiemy, że Boże Narodzenie bez ciepła i miłości nie może się udać, jednak czy na pewno o tym nie zapominamy? -Mamo! Gdzie jest mój telefon?- zapytałam zirytowana, bo od dziesięciu minut nie mogłam go znaleźć. Mama nie odpowiedziała mi na pytanie, tylko spytała, co to za kolejna jedynka z matmy. Przewróciłam oczami i powiedziałam, że kartkówka nie była zapowiedziana. Mama widząc, że dalsza rozmowa ze mną nie ma sensu, podała mi mój telefon, wzdychając i poszła zmywać naczynia.
Niedługo Boże Narodzenie. Jak byłam mała, uwielbiałam święta, ale teraz wręcz ich nienawidzę, bo przed nimi tylko trzeba sprzątać i każdy jest zdenerwowany. Nie ma już tego przyjemnego, świątecznego klimatu. Z kuchni dało się słyszeć rozmowę mamy i mojej młodszej siostry, która właśnie piekła pierniczki. Kiedy przeszłam obok, matka zatrzymała mnie i zaczęła prawić, jak cudownie Anka jej pomaga i jak ślicznie się uczy. Same piątki, rzadko czwórki. Gdy to usłyszałam, zdenerwowana odpyskowałam jej, rzuciłam wrogie spojrzenie siostrze i wyszłam z domu, trzaskając drzwiami. ,,Ania to, Ania tamto. Zobacz jakie wysokie wyniki ma Ania. Czemu nie jestem jedynaczką? Przynajmniej nikt by mi nie wytykał, że jestem gorsza.” Te myśli plątały mi się w głowie, jednak szybko o tym zapomniałam, bo zaraz zaczęłam przeglądać Instagrama i pisać z moją najlepszą przyjaciółką.
Szłam tak ulicą z nosem w telefonie. ,,Nie zaszkodzi zajrzeć do sklepu” - pomyślałam i po chwili znalazłam się w galerii handlowej. Obskoczyłam kilka sklepów i kupiłam parę krótkich bluzek i sweter z odkrytymi ramionami. ,,Dobrze, że wzięłam ze sobą torebkę”- rozmyślałam. Kiedy chodziłam bezmyślnie po ulicach, zaczepił mnie jakiś żebrak i poprosił o dwa złote. Spojrzałam na niego z pogardą, odwróciłam się i poszłam dalej. Gdy szłam tak w swoją stronę, jakiś głos wewnętrzny mówił mi, że może ten człowiek jest głodny. Myśl ta nie dawała mi spokoju, więc postanowiłam wrócić do niego. Jak przyszłam na miejsce, gdzie go spotkałam, już go tam nie było. Trochę mnie to zasmuciło. Sprawdziłam godzinę, było już późno i ciemno. Stwierdziłam, że jestem głodna, toteż wróciłam do domu.
W nim jak zwykle było niezbyt wesoło. Mama znowu zaczęła swoje gadki o moim zachowaniu. Wobec tego złapałam coś do zjedzenia i poszłam do swojego pokoju. Jedząc, słuchałam swoich ulubionych piosenek. Nagle powróciła myśl o tym bezdomnym. ,,Dziwne. Nigdy nie interesowałam się innymi.” Poszłam się umyć i położyłam się spać, jednak rozważania o tym starcu nie pozwalały mi zmrużyć oka. Przekładałam się z boku na bok aż do rana i w końcu postanowiłam go odnaleźć. ,,Dobrze, że już od dzisiaj jest przerwa świąteczna”- pomyślałam i zerwałam się z łóżka. Zrobiłam sobie śniadanie i wyszłam z domu. Na ulicy zastanawiałam się, w którą stronę się udać, żeby spotkać tego człowieka. Wędrowałam tak i rozmyślałam, jakby można było mu pomóc. Raptem, przechodząc przez park, ujrzałam siedzącego na ławce, trzęsącego się z zimna bezdomnego. Zastanawiałam się, jak do niego podejść i co mu powiedzieć.
Po chwili namysłu podeszłam trochę wystraszona i spytałam, czy jest głodny, a on się uśmiechnął. Jego ciepły wyraz twarzy wywołał we mnie myśl, że zaproszę go do domu. Bałam się reakcji rodziny, ale trudno. Było mi go szkoda i nie mogłam zostawić go na tej ławce. Ruszyliśmy w stronę domu. Ludzie oglądali się za nami, ale jak nigdy nie przejmowałam się tym. Po drodze rozmawialiśmy ze sobą i zapytał, jak mam na imię. Odpowiedziałam mu, a on przedstawił mi się jako Mikołaj. Rozbawiło mnie, że spotkałam Mikołaja tuż przed świętami, ale przecież to imię jest jak każde inne. Doszliśmy na miejsce. Ania otworzyła nam drzwi i zaniemówiła. Pan Mikołaj przywitał się z nią, a ona z wytrzeszczonymi oczami przedstawiła się. Mama wyszła z pokoju i przystanęła, gdy zobaczyła, że nie wróciłam sama. Była bardzo zdziwiona. -Dzień dobry, ja…- zaczął gość, ale mama mu przerwała.
-Dzień dobry. Proszę niech pan wejdzie. Mam na imię Estera. -Mikołaj jestem. Miło mi panią poznać. Nie chcę nadużywać gościnności. -Ale co pan wygaduje. Bardzo chętnie pana ugościmy. -Zresztą w święta nikt nie może samotnie marznąć na dworze – dodałam. Mama spojrzała na mnie z podziwem. Tata właśnie wrócił z pracy i zdezorientowany próbował zrozumieć, co się dzieje. Powiedziałam mu tylko, że ten pan zamieszka u nas chociaż na święta. Jego reakcja mnie zadziwiła, bo nie dopytywał o nic więcej. Przedstawił się i zdjął kurtkę i buty, po czym poszedł do pokoju, przyniósł czyste ubrania i wskazał nieznajomemu łazienkę. W tym czasie mama nakładała nam wszystkim obiad. Po raz pierwszy od lat przy stole było wesoło. Rozmowa toczyła się i było bardzo przyjemnie. -Bardzo dziękuję. Przepyszne – wyraził wdzięczność pan Mikołaj. Mama odpowiedziała mu ciepłym uśmiechem.
Udaliśmy się do sklepu, aby kupić naszemu nowemu lokatorowi potrzebne akcesoria. Ania opowiadała różnorodne historie z jej życia. - Mikołaju - dziwnie jest mi mówić do nieznanej i starszej ode mnie osoby po imieniu, no ale skoro chciał, abyśmy nie stosowali formy „pan”, to znaczy, że mu to nie przeszkadza. - Jak to się stało, że zostałeś bez dachu nad głową? - To dość skomplikowana opowiastka. Wszystko powiem w swoim czasie, a teraz opowiedz mi, moja droga, jak tam sobie radzisz w szkole. Na temat, który poruszył, niezbyt lubiłam rozmawiać, jednak głupio mi było nie odpowiedzieć, więc opowiedziałam mu o moich perypetiach w szkole. Oczywiście nie zapomniałam dodać, że z ocenami u mnie nie najlepiej. Mikołaj się zdziwił, że niby taka ułożona dziewczyna ma kłopoty w szkole i powiedział, że to wszystko można naprawić, jeśli tylko zechcę. - Jeżeli będziesz chciała, to ja ci w tym pomogę. Wystarczy tylko przysiąść i się pouczyć, a nie porównywać się z innymi, a to, czego nie będziesz rozumiała, ja ci wytłumaczę.
Wzięłam sobie do serca te słowa. Weszliśmy do sklepu i zrobiliśmy odpowiednie zakupy. Po powrocie do domu zjedliśmy kolację i rozmawialiśmy o moim spotkaniu z Mikołajem. Po długich rozmowach mama przygotowała pokój dla gościa i udaliśmy się na spoczynek. Leżąc w łóżku, rozmyślałam, że od czasu poznania tego człowieka zaczęło się coś zmieniać, ale było mi z tego powodu miło. Jak nigdy, zasnęłam od razu, nie dotykając telefonu. Rano pomalowałam tylko rzęsy, co było dla mnie niecodzienne. Razem z siostrą przygotowałyśmy śniadanie. -Od czasu przybycia naszego gościa jesteś jakaś inna- zaczęła Ania. Uśmiechnęłam się do niej i nasza rozmowa potoczyła się dalej. Zawołałyśmy wszystkich na posiłek. -Jak się spało?- spytałam Mikołaja. -Wyśmienicie, a wam jak się spało aniołeczki? W odpowiedzi zaśmiałyśmy się, dodając, że również dobrze nam się drzemało.
Przy śniadaniu atmosfera była również radosna. Po południu zabraliśmy się za ubieranie choinki. Byłam pewna, że mama jak zwykle będzie mówiła, że źle wieszam bombki i że nic nie potrafię zrobić dobrze. Zdziwiłam się, bo nic takiego mi nie powiedziała, tylko włączyła świąteczne piosenki i ozdabiała drzewko w rytm muzyki. Byliśmy zadowoleni z naszej pracy. Jeszcze nigdy nie mieliśmy tak pięknej choinki. -Pomożesz mi jutro upiec brownie? - zaproponowała siostra. Nie mogłam odmówić. Kocham brownie. ,, Hm. Nigdy wcześniej nie zgodziłabym się na pomoc w kuchni. To bardzo pracochłonne. Co się ze mną dzieje? '' - zastanawiałam się, jednak zmiany te wcale mi nie przeszkadzały. Wręcz przeciwnie. -Czy ktoś tu wspominał o cieście?- dołączył się do rozmowy Mikołaj. – Ja chętnie wam pomogę.
Wieczorem pogrążyłam się w myślach. Co mnie natchnęło, żeby pomóc temu biedakowi? Dlaczego od jego przybycia cała rodzina zaczyna być przyjaźniejsza? Co się stało, że jestem pomocna, przestałam nadużywać mocnych kosmetyków i chcę poprawić moje wyniki w szkole, przecież nigdy nie zajmowałam sobie głowy ocenami? Jak doszło do tego, że rozstałam się z moim przyjacielem telefonem, bez którego nie mogłam żyć? Nie zdążyłam znaleźć odpowiedzi na te pytania, ponieważ od razu zasnęłam. *** -Podaj dwa jajka- poprosiła Ania. Szybko wyciągnęłam to, o co mnie poprosiła i jej podałam, po czym zajęłam się odmierzaniem mąki. ,,Pieczenie wcale nie jest złe. Czemu nigdy wcześniej nie chciałam spróbować. Przez ten telefon ominęło mnie tyle ciekawych rzeczy” - przez chwilę zastanawiałam się czy to są na pewno moje myśli.
- Mikołaju, a może poszedł byś ze mną do sklepu kupić jakiś prezent dla innych?- wzięłam go na stronę. Zgodził się bez chwili namysłu. W sklepie prezent kupiłam także dla niego. Po drodze dużo ze sobą rozmawialiśmy. Muszę przyznać, że uwielbiam z nim gawędzić. - Czy jak byłeś mały, to wierzyłeś w świętego Mikołaja? - spytałam zaciekawiona. - Trudno mi powiedzieć - zaśmiał się. - Mama opowiadała mi o nim i zawsze było mi smutno, kiedy dzieci mówiły, że święty Mikołaj nie istnieje. Prawdą jest, że rodzice kupują prezenty, jednak to nie oni wkładają je pod choinkę. Zastanawiałam się, co miał na myśli, mówiąc to. - A ty wierzysz? - Domyślam się, że możliwe jest, że go nie ma. Jednak lubię sobie wmawiać, że to on rozdaje prezenty. Mikołaj spojrzał na mnie i uśmiechnął się. Dostrzegłam błysk w jego oczach. Doszliśmy do domu.
Gdy tylko otworzyliśmy drzwi, poczuliśmy zapach pieczonego ciasta. -Brownie gotowe - oznajmiła Ania. Uśmiechnęłam się do niej czule i poszłam zapakować prezenty. Wieczorem zapytałam Mikołaja, co miał na myśli, mówiąc, że to nie rodzice rozdają prezenty. - To prawda, rodzice kupują prezenty, ale potem elfy zabierają je do wioski świętego Mikołaja i w Wigilię pomagają je dostarczyć pod choinkę. To, co mówił, wydawało mi się dziwne, jednak wiarygodne. ,,Jutro wigilia” - ucieszyłam się i zasnęłam. Następnego ranka wstałam wcześniej niż rodzice i siostra. Poszłam do łazienki się ubrać i umyć twarz. Słysząc, że nasz mieszkaniec już nie śpi, zajrzałam do jego pokoju. Puk! Puk! Otworzyłam drzwi. To, co zobaczyłam, nie mieściło mi się w głowie. To był Mikołaj. Święty Mikołaj. - Dzień dobry. Dobrze się spało?- zapytał, kiedy mnie zobaczył.
- Dobrze - z wrażenia nie mogłam wydusić z siebie słowa. Po chwili zebrałam się w sobie. - Ty jesteś prawdziwym świętym Mikołajem? Bo ty to ten Mikołaj, ten... - Tak, jestem świętym Mikołajem. Dziękuję. - Ale za co i dlaczego byłeś bezdomny? - Dziękuję. Dzięki tobie odzyskałem swoją moc, a dom nad głową straciłem, ponieważ moja świąteczna magia zniknęła, bo ludzie stali się egoistyczni oraz nie traktowali Bożego Narodzenia z radością i miłością, a moja moc działa dzięki dobroduszności ludzi. Uratowałaś te święta. Dziękuję. - Och, to ja chciałam podziękować za to, że pozwoliłeś mi stać się troskliwą osobą. - Ja ciebie nie zmieniłem. Byłaś taka od początku, ja pomogłem tylko to tobie odkryć - uśmiechnął się do mnie czule. Odwzajemniłam uśmiech. - O czym tak... - do pokoju weszła siostra. Widząc prawdziwego Mikołaja, zaniemówiła. - Czy … to ... - próbowała wydusić.
- Tak, to jest święty Mikołaj - wyręczyłam ją i opowiedziałam w skrócie, jak to się stało, że w naszym domu jest prawdziwy. Mikołaj serdecznie nas uściskał i powiedział, że teraz musi rozwieść prezenty. Te święta były naprawdę magiczne i odmieniły moje życie. Teraz jestem najlepszą uczennicą w klasie oraz normalną i miłą dziewczyną, a miłość zasiana w naszym domu przez Mikołaja rozkwita nie tylko w święta Bożego Narodzenia. To wydarzenie nauczyło mnie, że w życiu nie chodzi o wygląd i bycie modnym, lecz o to, aby cieszyć się z małych rzeczy i być po prostu sobą.
Agnieszka Supstych, klasa VIII Szkoła Podstawowa nr 37
Nie wszystkim udało się pomóc. Nie do wszystkich udało mi się dotrzeć, bo to nie tylko ode mnie zależy. To zależy od ludzi, którzy zauważą czyjąś rozpacz i zechcą pomóc. Mam na imię Mikołaj. Jestem Ideą. Pamiętaj o tym.
Mam na imię Mikołaj
Hej. Mam na imię Mikołaj. Niektórzy nazywają mnie świętym i uważają, że pochodzę z Miry. Inni uważają, że mieszkam w Rovaniemi w fińskiej Laponii. Kłócą się o moje pochodzenie - jedni widzą we mnie biskupa, a inni długobrodego staruszka w czerwonym ubranku. Ok, spoko. Możesz mnie widzieć tak, jak chcesz, bo przecież nie o to chodzi. To, jak odbierasz rzeczywistość może się różnić, ale ważne, żeby nie zgubić takiego prawdziwego sensu. Gdzie mieszkam? Mogę być wszędzie. To zależy od tego, gdzie jestem potrzebny. Czasem jestem w kryjówce w Nowym Jorku, czasem na placach zabaw w Belgii i Francji, nad ciepłym morzem w Grecji. Bywam w szałasach w Afryce lub w krajach azjatyckich; cały świat mam w zasięgu swoich możliwości.
Dziś chciałbym opowiedzieć Wam jedno z wydarzeń, w których uczestniczyłem. Pamiętacie pewnie dziewczynkę z zapałkami? Mówicie, że to postać z bajki? A ja wam mówię, że to prawdziwa osoba. Historia, którą Wam opowiem miała miejsce naprawdę, niestety wielokrotnie. Pewnego dnia spotkałem chudą, mizerną, bladą zmarzniętą dziewczynkę, która skulona ogrzewała się zapałkami. Podszedłem do niej, nakryłem płaszczem i zacząłem z tą małą istotką rozmawiać: - Dlaczego siedzisz tu sama w tak zimny wieczór? – zapytałem - Moi rodzice kazali zarobić mi pieniądze ze sprzedaży zapałek, a ja nie sprzedałam żadnej. Bez pieniędzy mam nie wracać – powiedziała ta kruszyna – Zimno mi. - Pomogę ci – powiedziałem. Dziewczynka nie odpowiedziała, bo chyba już świat tak często ją rozczarowywał.
Kupiłem od niej wszystkie zapałki, ale wiedziałem, że to nie wystarczy. Poprosiłem, żeby chwilę poczekała. Przyniosłem jej ciepły płaszcz, buciki i trochę koców. Zachęciłem, żeby zaprowadziła mnie do swojego domu. Zrobiła to bardzo niechętnie. Bała się, że zdenerwuje to rodziców, a poza tym wstydziła się strasznej biedy, którą zastanę. Ja jednak wiedziałem, dlaczego chcę poznać rodziców dziewczynki. Coś było nie tak, musiałem to sprawdzić. Źle jest, gdy dziecko pracuje po to, żeby utrzymywać rodzinę. Gdy doszliśmy do domu dziewczynki, zobaczyłem okropny widok. W małym, starym domu było brudno i śmierdząco. W środku było przeraźliwie zimno. Nie było jedzenia, pieca, ani rodzinnej atmosfery. Mama zajmowała się młodszym rodzeństwem, a tata był pijany. Miałem czas, poczekałem aż wytrzeźwieje. Dopiero wtedy porozmawiałem z rodzicami.
Tacie była potrzebna praca, a mamie pomoc w sprzątnięciu mieszkania. Potrzebna też była naprawa pieca. Pomogłem osiągnąć te wszystkie rzeczy. Krok po kroku rodzina realizowała te cele, które do tej pory powodowały, że dziewczynka żebrała na ulicy. Przypomniałem rodzicom, że dzieci powinny być dziećmi. Pomogłem im, ale wiedziałem, że muszę być blisko, póki nie staną na nogi. Dzieci dostały prezenty, które przypomniały imo zmarłej babci i wcześniejszych radośniejszych świętach. Tym ludziom się udało, ale takich dziewczynek i chłopców spotkałem bardzo wielu. Nie wszystkim udało się pomóc. Nie do wszystkich udało mi się dotrzeć, bo to nie tylko ode mnie zależy. To zależy od ludzi, którzy zauważą czyjąś rozpacz i zechcą pomóc. Mam na imię Mikołaj. Jestem Ideą. Pamiętaj o tym.
Zofia Wojtachna, klasa VIII Szkoła Podstawowa nr 44
– A ty, czego się dziś nauczyłaś? - Że należy szanować każdego człowieczka i elfa, że nie należy być egoistą i mieć się za najważniejszego na świecie, że każdy z nas ma prawo popełniać błędy, a przede wszystkim, że przebaczanie jest wielką sztuką, którą nie każdy umie opanować, ale każdy powinien ją posiadać.
Magia przebaczania
Wigilia jest magicznym czasem, kiedy królują miłość, dobroduszność i życzliwość. Wybacza się tym, którzy nas zranili oraz podaje się pomocną dłoń tym, którzy jej potrzebują. Szkoda, że tylko w czasie Świąt Bożego Narodzenia, a nie każdego dnia, świat przepełnia dobroć… - Basiu, nie biegaj tak po pokoju – powiedziała babcia do wnuczki łagodnym, ale stanowczym tonem głosu. - Ale babciu, już nie mogę się doczekać kolacji wigilijnej i prezentów! Czas w okresie świąt tak się dłuży... A może opowiedziałabyś mi jakąś historię związaną ze świętami i Bożym Narodzeniem? - zapytała dziewczynka. Babcia mruknęła i po chwili się uśmiechnęła. Zdjęła okulary, wstała z kanapy, by odłożyć czytaną książkę na wysoki i stary regał.
- Bardzo chętnie ci coś opowiem – odpowiedziała babcia, która właśnie siadała na bujanym fotelu. Basia w tym samym czasie położyła się, jak zawsze, przy kominku. Lubi, jak ogień bucha, a iskierki skaczą wysoko i wesoło tańczą. - A o jakiej dokładnie historii chciałby moja kochana wnusia posłuchać? Dziewczynka lekko pomasowała skronie (wtedy jej się lepiej myśli) i przez krótką chwilę zastanawiała się. - Może coś o Świętym Mikołaju! - wreszcie powiedziała Basia. - O Świętym Mikołaju… - babcia na chwilę się zamyśliła, bowiem „szukała” w swej już trochę wiekowej, ale cały czas mądrej głowie opowieści o tak lubianej przez dzieci osobie, jaką jest Mikołaj. - Och! - po jakimś czasie wykrzyknęła babcia, tak głośno, że aż Basi zadrżało jej malutkie serduszko - Pomyśl sobie, Skarbeńku, że twoja poczciwa babunia zna pewną historię o Świętym Mikołaju. Chciałabyś jej posłuchać?
- A jest prawdziwa? - zapytała wnuczka. - Tego ja już nie wiem, może tak... może nie... ale na pewno ci się spodoba, bo jest o dobroci i umiejętności przebaczania. - W takim razie chętnie posłucham! - Bardzo się cieszę – powiedziała babcia – A więc tak… Pewniej Wigilijnej nocy w domu Świętego Mikołaja elfy pakowały prezenty do wielkich, drewnianych sań. W tym samym czasie zaczęły zaprzęgać renifery, a było ich dziewięć – Kometek, Błyskawiczny, Fircyk, Amorek, Tancerz, Pyszałek, Złośnik, Profesorek, no i oczywiście – Rudolf, Rudolf Czerwononosy, ukochany renifer Świętego Mikołaja, który zawsze leciał na czele wszystkich reniferów. A co robił nasz kochany Mikołaj? Oczywiście on również przygotowywał się do długiej i męczącej podróży. Właśnie zapinał ostatni guziczek od swego czerwonego płaszcza,
jednakże zawsze sprawiało mu to ogromną trudność, bo jego piękny i dorodny brzuszek był troszeczkę za duży, a jego płaszczyk – trochę na niego za mały, bo kiedyś Mikołaj był o wiele szczuplejszy, ale przytył przez to, że jak zaczął być Świętym Mikołajem jadł dużo, dużo ciasteczek, ale za to pił ogromne ilości mleka, dlatego nie ma jeszcze osteoporozy i problemów z kośćmi. A tak na marginesie, ty, Basiu, też powinnaś pić więcej mleka. Basia nic nie odpowiedziała, tylko skrzyżowała ręce i zrobiła obrażoną minkę. - No dobrze, już się nie obrażaj – powiedziała babcia, uśmiechnęła się i zaczęła kontynuować swoją opowieść. Nagle do pokoju Mikołaja wszedł elf o imieniu Krawczuś, który szył stroje i pomagał Mikołajowi ubierać się na ważne okazje.
- Kochany Święty Mikołaju, może mógłbym w czymś pomóc? - zapytał niepewnie Krawczuś, który był bardzo nieśmiały. - Nie… nie trzeba… - fuknął przez zęby Mikołaj, który w końcu osiągnął sukces w postaci zapiętego guzika – Nareszcie! Udało się! Mikołaj odwrócił się w stronę elfa i uśmiechnął się. - O, to ty Krawczusiu! Jesteś mi bardzo do czegoś potrzebny. Poczekaj chwilkę! Mikołaj kaszlnął, po chwili chrząknął, sięgnął po szklankę z wodą, napił się i podniósł wysoko do góry swój palec wskazujący. - Uwaga… - ostrzegł elfa. - O nie! Tylko nie to... - powiedział do siebie Krawczuś, bo doskonale wiedział, co się za chwilę stanie. Wskoczył do starego kufra i lekko otworzył wieko. - Uwaga! - jeszcze raz powiedział Mikołaj i wykrzyknął na całe gardło: HO! HO! HO! WESOŁYCH ŚWIĄT!!!
Wszystkie rzeczy, które znajdowały się w pokoju zatrzęsły się, a ulubiona porcelanowa filiżanka Pani Mikołajowej lekko pękła. Święty Mikołaj pogłaskał swój boski brzuszek, uśmiechnął się i pokiwał swoją głową kilka razy w lewo i prawo, co oznaczało, że jest z siebie bardzo zadowolony. - I jak? - zapytał Krawczusia. - Świetnie… świetnie… wspaniale... tak, jak co roku! - drżącym głosem rzekł elf. - To się bardzo cieszę! Mam nadzieję, że nigdy nie wypadnę z formy! - powiedział Mikołaj mocno przy tym gestykulując. - Ja też… mam… taką na-nadzieję… A tak w ogóle to przyszedłem przekazać Panu pewną infor... - Och, bo wiesz, Krawczusiu, – zaczął Mikołaj niesłyszący cichutkiego głosu Krawczusia – mój kochany tatko, Święty Mikołaj XIV, kiedy to był stuletnim dżentelmenem, to tak głośno… - Mikołaju… - powiedział dość stanowczo elf.
- … krzyknął „Ho! Ho, Ho!”, że aż coś mu się w strunach głosowych przestawiło… (Mikołaj cały czas bardzo mocno gestykulował). - Kochany Panie Święty Mi-mikołaju… - niepewnie rzekł elf. - … I pomyśl sobie, mój drogi Krawczusiu, że od tego momentu mój tatko Święty Mikołaj XIV przestał wozić prezenty do dzieci z całego świata, no bo jak?! Święty Mikołaj, który nie może krzyknąć „Ho! Ho! Ho!” - to jest wręcz niedopuszczalne! (Mikołaj w tym momencie uderzył z emocji pięścią w stół, a Krawczuś, jak to Krawczuś – podskoczył ze strachu.) Dlatego to ja przejąłem jego inicjatywę i już od 236 lat wożę do dzieci prezenty. - Mikołaju – szepnął bardzo wystraszony elf i pociągnął „Pana Mikołaja” za jego nogawkę od długich i czarnych spodni. Święty Mikołaj miał bardzo delikatną skórę, przez co czuł każdy najmniejszy dotyk. Tak na marginesie, choć była ona delikatna, to jednak bardzo zdrowa, ponieważ Mikołaj w czasie całego roku brał kąpiele z magiczną wodą, która sprawiała, że żaden mróz nie był straszny dla jego delikatnej skórki.
Jednakże nie na tym się teraz skupmy. Święty Mikołaj zerknął w dół i dojrzał małego Krawczusia. - Och, Krawczusiu, mówiłeś coś? - Tak, tak, Święty Mikołaju – odpowiedział elfik. - Przepraszam cię bardzo, ale za cicho mówiłeś, więc cię nie słyszałem – uśmiechnął się Mikołaj. – A dzisiaj elf Pucek wyczyścił moje uszy bardzo dokładnie, więc powinienem dobrze wszystko słyszeć… - Kochany Mikołaju – zdenerwował się Krawczuś. – Mam dla ciebie bardzo ważną informację, która na pewno cię nie ucieszy. Niech Pan raczy pójść za mną. Mikołaj poczuł lekką niepewność. Chyba w czasie Wigilii nic złego nie może się stać… Oboje otworzyli wielkie drewniane drzwi. Elf szedł cichutko i bezszelestnie, natomiast mikołajowe kroki było słychać w całej okolicy. Nawet Pani Mikołajowa je usłyszała z drugiego końca domu. Po chwili, oboje znaleźli się przy drzwiach wyjściowych z domku.
- Co tak długo? - fuknęła na Krawczusia grubiutka elfica Dobromiła. - Ja… ja… ja… - Wiedziałam, żeby cię nie wysyłać do Mikołaja! Ty nigdy nie umiesz niczego załatwić! - Jak nie umiem? - zdziwił się Krawczuś – A co ja niby teraz zrobiłem? Przyprowadziłem dla was samego Świętego Mikołaja! - No tak, masz rację… Ale za długo to trwało! - W takim razie następnym razem to TY pójdziesz po Mikołaja! - Już, spokojnie – uspokoiła ich elfka Bombeczka. – Nie ma powodu, żeby się tak kłócić. - Dzień dobry, Święty Mikołaju! - wykrzyknęły wszystkie elfy. - Witajcie kochani! Och, Pani Mikołajowa, jak się cieszę, że się tu znalazłaś! Skąd wiedziałaś, że tutaj jestem? - Och, kochaniutki! Ciebie i twoje kroki nawet aniołki w niebie usłyszą – powiedziała bardzo miłym i delikatnym głosem Pani Mikołajowa.
- Dziwne… A ja zawsze staram się tak delikatnie chodzić – rzekł Mikołaj trzymając w swojej dłoni białą brodę. – No, to co macie ciekawego do powiedzenia? - uśmiechnął się. - Sam z-z-zobacz… - ponownie zająknął się Krawczuś. - Tak Mikołaju, zobacz, zobacz! - wykrzyknęły pozostałe elfy i wskazały drzwi wyjściowe. Święty Mikołaj zaczął się coraz bardziej niepokoić, ale i tak uchylił leciutko drzwi. Nagle twarz Mikołaja pobladła, jego policzki z purpurowych stały się białe, włosy stanęły mu dęba, a jego usta same otworzyły się ze zdziwienia. To, co zobaczył, przerosło jego najśmielsze oczekiwania. - To znaleźliśmy kilka minut temu – podeszła do Mikołaja elfica Dobromiła i spojrzała na niego oczami pełnymi żalu. Zdziwiła się, ponieważ po buzi Mikołaja, która jest zawsze tak bardzo uśmiechnięta, spłynęła wielka, błyszcząca łza. Chyba jeszcze nikt nie widział tak smutnego Mikołaja w takim złym stanie.
- Chyba w tym roku dzieci nie dostaną prezentów… - rzekł smutno. - Babciu! A co takiego strasznego zobaczył Święty Mikołaj? - przerwała babci bardzo zaciekawiona wnuczka. - Mikołaj zobaczył rzecz straszną. Wszystko, co wcześniej wszyscy razem przygotowali, zostało zniszczone! Ogromna choinka, która zawsze jest pięknie przyozdobiona, teraz była zniszczona. Niektóre z jej gałązek były obcięte od konara, wszystkie bombki zostały zbite, a kolorowe łańcuchy – porozrywane. Magiczny pyłek, zwany „Latasiem”, który sprawiał, że sanie Mikołaja mogły wzbić się w powietrze i ułatwić reniferom lot, został cały wysypany na śnieg. A w tym wszystkim najgorsze jest to, że sanie były doszczętnie zniszczone, a renifery zostały przez kogoś spłoszone i nie wiadomo było, gdzie uciekły. Elfy chciały, aby Mikołaj zobaczył jeszcze wnętrze fabryki, które również było zmasakrowane, a większość zabawek – całkowicie popsuta. Po chwili wszyscy wyszli z Fabryki Zabawek, aż nagle zza krzaczka wyszedł Rudolf Czerwononosy. Zwierzę podbiegło do Mikołaja i rzuciło się w jego objęcia.
- Och, kochany Rudolfie! Nic ci nie jest? Rudolf pokręcił głową, że wszystko jest w porządku. - A gdzie są pozostali? - zapytał Mikołaj. W tym momencie renifer wziął swe kopytko do pyska i głośno gwizdnął. Po chwili zjawiły się pozostałe renifery. - Ciekawe, kto to zrobił?… - zastanawiała się Pani Mikołajowa. - Tak, tak! Ciekawe, kto to zrobił! - wykrzyknęły chórem wszystkie elfy. - Renifery kochane, czy wy wiecie, kto zrobił tak straszliwą rzecz? - ponownie spytał się Mikołaj. Renifery pokręciły głowami na znak, że nie wiedzą. Profesorek złożył dwie długie nogi i przyłożył do głowy głośno przy tym chrapiąc. - Aha! Spałyście – rzekł z rezygnacją Mikołaj. – Pójdę do swojego pokoju, chcę pobyć chwilę sam, a wy postarajcie się doprowadzić wszystko do porządku. - Tak jest, Panie Święty Mikołaju!
W tym momencie Pani Mikołajowa pogłaskała swojego męża po policzku, poklepała jego ramię i szepnęła mu do ucha: - Wszystko będzie dobrze, na pewno sprawa się wyjaśni, a ty ruszysz na coroczną podróż dookoła świata. - Mam taką nadzieję – smutno opowiedział Mikołaj, powoli oddalając się. Kiedy już znalazł się w swoim pokoju, popatrzył z rezygnacją na swą czerwoną czapkę z białym puchatym pomponem, a do ręki wziął duży mosiężny dzwonek i lekko nim zadzwonił. Usiadł, tak jak ja przed chwilą, na bujanym fotelu znajdującym się tuż przy oknie i powoli wypuścił powietrze z nosa. Wyjrzał zza szyby i zobaczył pewną postać… postać, która siedziała na ławeczce i widać było, że płacze. Mikołaj od razu poznał, kto to… Aż nagle, tajemniczy KTOŚ zerwał się na równe nogi, ponieważ usłyszał kroki zbliżającego się reniferka Amorka i wbiegł do domku Świętego Mikołaja. Po chwili ktoś zapukał do drzwi od pokoju, w którym przebywał smutny Mikołaj. - Proszę! - zawołał.
Nagle, powolutku i cichutko otworzyły się wielkie drzwi, zza których wyjrzał elfik Pompuś. - Witaj Mikołaju, to ja, Pompuś – rzekł cichutko. Pompuś był ulubieńcem Mikołaja, którego kochał nad życie i nie wyobrażał sobie bez niego żadnego dnia. - Och, witaj! Tak myślałem, że to ty – uśmiechnął się Święty Mikołaj. – Śmiało, wejdź! Elf niepewnie wszedł do środka, widać, że coś go „gryzło”, że jego serduszko nosiło wielki żal i smutek. Pompuś stanął przed Mikołajem i się rozpłakał. - Pompusiu kochany, co się stało? Ktoś coś ci zrobił? Może uderzył albo pokrzyczał? Powiedz Mikołajowi, on się nie obrazi – powiedział łagodnym, a zarazem ciężkim głosem. Wiedział doskonale, co miał na sumieniu Pompuś, który poczuł się nieco skrępowany, nie wiedział, co ma robić. - Nie, nikt mnie, Drogi Mikołaju, nie pobił ani na mnie nie pokrzyczał. Tylko… tylko ja trochę nabroiłem… - Trochę?
- No, troszeczkę więcej niż trochę, – powiedział elf – bo widzisz… to ja to wszytko popsułem… to ja zbiłem bombki i porozrywałem łańcuchy. To ja zniszczyłem sanie i spłoszyłem renifery, i wysypałem magiczny pyłek „Lataś”, i popsułem zabawki, i, i... - Co?! - wykrzyknęła Basia. – Ale dlaczego? - Och, Skarbie, zaraz się przekonasz. Jeśli mi nie będziesz przerywać, dowiesz się. - No dobrze, już dobrze. Po prostu nie mogę w to uwierzyć. - Ja też na początku, kiedy pierwszy raz słyszałam tę historię, nie mogłam pojąć, dlaczego to zrobił, a jego powód był bardzo prosty. A więc, kiedy Pompuś przyznał się do winy, Mikołaj posadził elfa na swoje grube i ciepłe kolana i tak rzekł: - Jestem z ciebie dumny, że przyznałeś się do swojego błędu, a gdybym miał byś szczery, to wiedziałem, że to ty zrobiłeś – w tym momencie Mikołaj uśmiechnął się do Pompusia. - Ale skąd Mikołaj wiedział, że to ja zrobiłem?
- Och, mój drogi! Mikołaj mnóstwo rzeczy wie – powiedział Mikołaj puszczając oczko do elfa. - Ale powiedz, dlaczego to zrobiłeś? Przecież wiesz, że taka rzecz, jaką jest zniszczenie naszej wspólnej pracy, sprawia mi wielką przykrość. - Miałem dwa powody. Pierwszy to taki, że tak bardzo skupiłeś się na świętach, Drogi Mikołaju, że nie miałeś czasu dla mnie, aby się ze mną pobawić lub porozmawiać. Natomiast drugimi powodem było to, że co roku jeździsz do tych dzieci beze mnie, zostawiasz nas wszystkich i sobie tak po prostu wyjeżdżasz. Przez chwilę zapadła cisza. - Przepraszam, Pompusiu, że nie zwracałem na ciebie takiej szczególnej uwagi, to też jest mój błąd, ale ty również zrobiłeś źle. Nie jesteś jedynym elfem na świecie, którym się opiekuję. Ty jesteś moim ulubionym, ale nie można być egoistą, każdy z nas zasługuje na chwilę uwagi, tak samo, jak dzieci, do których co roku jeżdżę. Zobacz, ty widzisz mnie przez cały czas, a te dzieci nawet mnie nie mogą zobaczyć i jestem z nimi tylko jeden dzień. Każde z nich chciałoby dostać piękną zabawkę, a nie może, bo są one zniszczone. Pamiętasz, jak elficzka Gloria usiadła kiedyś na twoim samochodziku, po czym on się zepsuł?
- Tak, pamiętam ten moment doskonale. - I co wtedy czułeś? Pompuś chwilę się zastanowił i powiedział: - Złość i smutek. - To samo teraz poczują te dzieci, którym zepsułeś ich wymarzone zabawki – odpowiedział Mikołaj. – Albo co zawsze czujesz, kiedy ja wyjeżdżam? - Też złość i smutek, ale do tego jeszcze żal i pojawia się ból w moim serduszku. - No widzisz! - odparł Mikołaj. – Te dzieci czekają na mnie cały rok, a ty przez ten czas jesteś ze mną. W tym momencie Pompuś rozpłakał się na dobre. - Ale… wy-wybaczysz mi? Święty Mikołaj złapał się za brodę.
- A czego cię uczyłem? - zadał pytanie elfowi. - Że „przebaczanie jest wielką sztuką, którą nie każdy umie opanować, ale każdy powinien ją posiadać”. - Pięknie to pamiętasz! A myślisz, że taki grubasek jak ja, posiada taką zdolność? - Tak, ty, Drogi Mikołaju, jesteś bardzo dobry! - I jak myślisz, co teraz zrobiłem? - Yyy… Przebaczyłeś mi? - Zgadza się! - krzyknął Mikołaj, wstając z krzesła. Podszedł do stolika, kaszlnął, chrząknął, wziął duży łyk wody, podniósł palec wskazujący do góry, wyprostował się i krzyknął: „HO! HO! HO! WESOŁYCH ŚWIĄT!”. - Och, chyba Mikołajowi humor się poprawił – ucieszyła się elfica Dobromiła, która właśnie skończyła naprawiać ostatnią zabawkę. W tym momencie w fabryce zjawili się Mikołaj i Pompuś. - Ja naprawię wszystko to, co zepsułem – mówił do Mikołaja Pompuś, ale dostrzegł, że wszystko, co zniszczył, już zostało naprawione. Uśmiechnął się, a Święty Mikołaj mocno przytulił psotnego elfa.
- Już nigdy więcej czegoś takiego nie zrobię, obiecuję – rzekł Popmuś i położył dłoń na sercu. – Wiem, że zrobiłem źle, ale chciałem cię powstrzymać, Drogi Mikołaju, pragnąłem, abyś nie wyjeżdżał, ale teraz wiem, że nie powinno się tak robić, że każdy z nas jest ważny. - I że powinno się wybaczać innym, bo każdy ma prawo do błędów, od których trzeba się uczyć i wyciągać wnioski, by drugi raz ich nie popełniać – dodał Mikołaj. Po chwili wszystko było już gotowe. Choinka znów zaczęła zachwycać, błyszczały na niej kolorowe światełka, bombki wesoło wisiały na gałązkach, a elfica Dobromiła znalazła w magazynie jeszcze jeden woreczek z „Latasiem”, który po chwili wysypała na sanie, aby te mogły się unieść do góry. - I jak, Mikołaju, wszystko jest dobrze? - zapytał Krawczuś, kiedy to Święty Mikołaj gramolił się do sań. - Tak, wszystko w jak najlepszym porządku! Chyba już czas ruszać – powiedział uśmiechnięty Mikołaj.
Nagle do sań podbiegł Pompuś. - Pompusiu, czego się dzisiaj nauczyłeś? - zapytał Mikołaj. - Tego, że należy szanować każdego człowieka i elfa, że nie należy być egoistą i mieć się za najważniejszego na świecie, że każdy z nas ma prawo popełniać błędy, a przede wszystkim, że „przebaczanie jest wielką sztuką, którą nie każdy umie opanować, ale każdy powinien ją posiadać”. - Jesteś bardzo mądry! - powiedział Mikołaj, pogłaskał po główce mądrego elfa i wykrzyknął: „HO! HO! HO! WESOŁYCH ŚWIĄT!” (oczywiście Krawczuś znowu się przestraszył). - Pa, pa, Mikołaju! Przyjemnej podróży, pozdrów od nas dzieci! - wykrzyknęły elfy, a Pani Mikołajowa pomachała chusteczką na pożegnanie, a po chwili sanie Mikołaja zniknęły pośród wielu jasno święcących gwiazd. - Basiu, mamo! Kolacja! - zawołała mama Basi. - Och, to już? - zdziwiła się dziewczynka.
- Widzisz Skarbie, jak przy opowieściach czas szybciej płynie? - uśmiechnęła się babcia. – A ty, czego się dziś nauczyłaś? - Że należy szanować każdego człowieczka i elfa, że nie należy być egoistą i mieć się za najważniejszego na świecie, że każdy z nas ma prawo popełniać błędy, a przede wszystkim, że przebaczanie jest wielką sztuką, którą nie każdy umie opanować, ale każdy powinien ją posiadać. - Jesteś bardzo mądra! - powiedziała babcia i obie razem zaśmiały się, siadając przy pięknie nakrytym stole, a babunia już szykowała kolejną historię, której cała rodzinka chętnie posłucha. I pamiętajcie - „Przebaczanie jest wielką sztuką, którą nie każdy umie opanować, ale każdy powinien ją posiadać”. Każdy z nas ma prawo do popełniania błędów i powinniśmy się od nich uczyć, aby kolejny raz ich nie popełniać.
Zuzanna Zglińska, klasa VIII Szkoła Podstawowa nr 37
Pewnego mroźnego wieczora, dokładnie dwudziestego czwartego grudnia, okazało się, że Święty Mikołaj bardzo poważnie zachorował i nikt nie wiedział co jemu jest. Kłuło go w klatce piersiowej, miał wysoką temperaturę i duszności. Gdy przyjechał lekarz, postawił straszną diagnozę, która brzmiała bardzo tajemniczo : COVID 19. - Ciekawe, co teraz będzie ze świętami i prezentami ? - przecież wszyscy na nie czekają ! Chory Mikołaj razem z elfami zaczął gorączkowo poszukiwać zastępstwa. Ale było to bardzo trudne. W końcu nasz bohater przypomniał sobie, że ma dalekiego kuzyna na biegunie południowym i być może on będzie mógł pomóc !
Elfy od razu ruszyły w drogę. Kuzyn Świętego Mikołaja oczywiście się zgodził na to zastępstwo. Wszyscy wzięli się od razu za przygotowanie sań i wielkiego worka z prezentami. Wkrótce kuzyn wyruszył w najważniejszą podróż swojego życia aby uratować święta ! ... Ale to już zupełnie inna historia, którą opowiemy Wam za rok ;)
Emilia Gryzel, klasa VIIIZespół Szkół Szpitalnych
Myślicie, że to już koniec? Nic podobnego! Przygody Świętego Mikołaja nigdy się nie kończą, ponieważ nie ma końca dziecięca wyobraźnia i wrażliwoć! Wesołych Świąt! HO - HO - HO!
ho, ho, ho!