POWSTANIE WARSZAWSKIE 1 sierpnia 1944
Poezja powstańcza
KOLUMBOWIE. ROCZNIK 20
Krzysztof Kamil Baczyński
Tadeusz Gajcy
Krystyna Krahelska
Mamy o czym pamiętać!
POWSTANIE WARSZAWSKIE 1 sierpnia 1944
POKOLENIE KOLUMBÓW
Kolumbowie. Rocznik 20 – powieść Romana Bratnego o tematyce wojennej. Napisana została w latach 1955–1956, a wydana w 1957 r. Składa się z trzech tomów: „Śmierć po raz pierwszy”, „Śmierć po raz drugi” i „Życie”.
Książka opowiada o losach młodych warszawiaków wchodzących w dorosłość w czasie II wojny światowej. Jej bohaterami są przedstawiciele młodzieży inteligenckiej należącej do Armii Krajowej. Bratny opisuje m.in. ich walkę z okupantem przed i podczas powstania warszawskiego. Akcja powieści obejmuje lata 1942–1948.
Autor oparł powieść na własnych wspomnieniach i doświadczeniach. Ściśle trzyma się faktów historycznych, co widać zwłaszcza w drugim tomie – Oddział Wydzielony Kolegium A Kedywu rzeczywiście istniał (jednak w sile kompanii, nie plutonu), jego szlak bojowy w powstaniu warszawskim pokrywa się z tym opisanym w książce; mowa jest również o planowanym wyjściu pułku „Radosław” wraz z Komendą Główną AK ze stolicy na początku powstania, w opisie próby przebicia powstańców ze Starówki do Śródmieścia nie zabrakło wzmianki o śmierci majora Jana Andrzejewskiego „Jana”, dowódcy „Brody”, pojawia się także wzmianka o śmierci Krzysztofa Kamila Baczyńskiego.
WRÓĆ
POWSTANIE WARSZAWSKIE 1 sierpnia 1944
KRZYSZTOF KAMIL BACZYŃSKI
(ps. „Jan Bugaj”, „Emil”, „Jan Krzyski”, „Krzysztof”, „Piotr Smugosz”, „Krzysztof Zieliński”, „Krzyś”; ur. 22 stycznia 1921 w Warszawie, zm. 4 sierpnia 1944 w Warszawie) – polski poeta czasu wojny, podchorąży Armii Krajowej, podharcmistrz Szarych Szeregów, jeden z przedstawicieli pokolenia Kolumbów, w czasie okupacji związany z pismem „Płomienie” oraz miesięcznikiem „Droga”. Zginął w czasie powstania warszawskiego jako żołnierz batalionu „Parasol” Armii Krajowej.
TWÓRCZOŚĆ
WRÓĆ
POWSTANIE WARSZAWSKIE 1 sierpnia 1944
TADEUSZ GAJCY
(ps. Karol Topornicki, Roman Oścień, Topór) urodził się 8 lutego 1922 r. w Warszawie, zginął zaś 16 sierpnia 1944 roku. Przyszedł na świat w robotniczej rodzinie, której przodkowie przed laty przybyli do Polski z Węgier. Jego matka była położną, zaś ojciec pracował jako ślusarz w Taborze Kolejowym na Pradze. Tadeusz kształcił się w bielańskim gimnazjum i liceum oo. Marianów, był również ministrantem i muzykował, ucząc się gry na mandolinie. Wiemy, że służył do mszy porannych w kościele św. Jana Bożego przy Bonifraterskiej 14, co miało pośredni wpływ na jego poezję (R. Brasse mówi o "kościele onirycznym"). Egzamin maturalny zdał już w ramach tajnego nauczania, w roku 1941. Następnie wstąpił na studia polonistyczne na zakonspirowanym Uniwersytecie Warszawskim.
TWÓRCZOŚĆ
WRÓĆ
POWSTANIE WARSZAWSKIE 1 sierpnia 1944
KRYSTYNA KRAHELSKA
ps. „Danuta” (ur. 24 marca 1914 w Mazurkach k. Baranowicz, zm. 2 sierpnia 1944 w Warszawie) – polska poetka, harcerka, pielęgniarka, etnografka, żołnierz Armii Krajowej, uczestniczka powstania warszawskiego.
TWÓRCZOŚĆ
WRÓĆ
Byłeś jak wielkie stare drzewo
Bez imienia
Modlitwa I
Z głową na karabnie
Niebo złote ci otworzę
WRÓĆ
Hej chłopcy, bagnet na broń
Kołysanka
Wiosna zawiedzionych
Modlitwa
WRÓĆ
Hej chłopcy, bagnet na broń!
Długa droga, daleka przed nami,
Mocne serca, a w ręku karabin,
Granaty w dłoniach i bagnet na broni.
Jasny świt się roztoczy, wiatr owieje nam oczy
I odetchnąć da płucom, i rozgorzeć da krwi,
I piosenkę jak tęczę nad nami roztoczy
W równym rytmie marsza: raz, dwa, trzy…
Hej chłopcy, bagnet na broń!
Długa droga daleka przed nami, trud i znój,
Po zwycięstwo, my młodzi, idziemy na bój,
Granaty w dłoniach i bagnet na broni.
Ciemna noc się nad nami roziskrzyła gwiazdami,
Białe wstęgi dróg w pyle, długie noce i dni,
Nowa Polska, zwycięska, jest w nas i przed nami
W równym rytmie marsza: raz, dwa, trzy…
Hej chłopcy, bagnet na broń!
Bo kto wie, czy to jutro, pojutrze, czy dziś
Przyjdzie rozkaz, że już, że już trzeba nam iść,
Granaty w dłoniach i bagnet na broni.
WRÓĆ
Smutna rzeka, księżyc po niej pływa, Senne dłonie chyli nad nią klon,
Śpij, dziecino, nic się nie odzywa —
Śpi w mogiłach zakopana broń. Senna rzeka, usnął las cienisty,
Srebrne gwiazdy spadły w ciemną toń,
Gdzieś po polach, gdzieś po lasach mglistych
Czuగnie drzemie zakopana broń.
Smutna rzeka, księżyc w dal odpłynął,
Ciemna noc na liściach kładzie dłoń,
Śpij, dziecino, śpij, żołnierski synu,
Już niedługo obudzimy broń. Smutna rzeka księżyc po niej pływa, Senne dłonie chyli nad nią klon,
Śpij, dziecino, nic się nie odzywa —
Śpi w mogiłach zakopana broń.
Grób, Broń, Cisza
Senna rzeka, usnął las cienisty,
Srebrne gwiazdy spadły w ciemną toń,
Gdzieś po polach, gdzieś po lasach mglistych
Czuగnie drzemie zakopana broń.
Smutna rzeka, księżyc w dal odpłynął,
Ciemna noc na liściach kładzie dłoń,
Śpij, dziecino, śpij, żołnierski synu,
Już niedługo obudzimy broń.
WRÓĆ
Tak czekaliśmy ciebie w tym roku, zimna wiosno,
sucha, wietrzna wiosno!
A gorzkie ziele tylko wrześniowe mogiły zarosło
I skowrończa piosenka nie dźwięczała jak sama radość,
Nawet drzewa nie kwitną — wymarzły po rozłogach,
po miedzach,
po sadach.
Nawet ziemia zakrzepła w sobie. Umierają rośliny na spiece.
I czymże się ma sycić, czym poić, puste
źródło — smutne serce człowiecze?
WRÓĆ
Chryste Panie, z przydrożnych połamanych krzyży,
Krzyżowa nasza droga, droga — do zwycięstwa!
Daj nam siłę wytrwania, daj nam wolę męstwa
I Polskę oczom naszym strudzonym przybliżaj.
Skrzywdzony Zbawicielu spalonych kościołów,
Każdą kroplę krwi naszej przemień nam — na ołów.
Przetrwamy gdzieś w podziemiach — jeśli tego trzeba,
By jak ukryta woda wytrysnąć z ukrycia.
Daj nam, Chryste przydrożny, silną wolę życia —
I daj nam śmierć żołnierską, jeśli umrzeć trzeba.
Poprzez ciemność i burzę daj nam iść najprościej
Drogą do Nowej Polski — drogą do Wolności.
Gdy przyjdzie czas odlotu do krainy innej —
Chcę odlecieć w porywie szczęścia i natchnienia,
Jak ptak, co uciekając z ziemi niegościnnej,
Ziemię — na niebo zamienia.
WRÓĆ
Ballada o chłopcu przydrożnym
Temu, który przyjdzie
[***] Jestem tutaj
WRÓĆ
Jestem tutaj, ot, niedbały
pewnie, że większy od ważki, ale znikomy wobec
cienkiego dymu, co ma kształt zapałki
nad malinowym moim domem.
Za mną, nikłym, słońca pięta
tropi wiernie i niebiosa
jak powieka odemknięta
kuszą smutnie, bym pozostał!
Próg mnie więzi, zwiera szczęki:
tylko tutaj - oznajmia - bądź
jak ja martwy i ciągle niewielki,
choć we mnie jest jasność i noc;
nie poradzisz rzeczy zuchwałej,
kiedy serce trwożliwie kląska,
zostań, pozwól, niech kocha ciało,
choć grom jeszcze krwawe ma dziąsła
i uparcie innym nuci - lulaj;
lecz ty, popatrz - pogodne światła
nad planetą w istocie malutką
zataczają się sennie jak wiatrak.
Księżyc biały uderza skrzydłem
i dom jasny, w który patrzysz teraz,
przywołuje: sen jest twą ojczyzną -
a najtrudniej sennemu umierać.
WRÓĆ
Z tamtej strony, gdzie mała kolumna
nieba świeci, u stóp ziemi drętwej
my jesteśmy. Pomyśl: sen i ból nasz
napojony pulsowaniem rzeki,
kwiatów szmerem w powietrzu nietrwałym
słyszysz jeszcze prosty jak organy.
Czas, co smutne ciało ma weselić,
kłosy zgina niebieskie jak dachy
miasta twego i obłoków kielich
chyli w młodość muzyczną. Więc w blasku
rzeczy stoisz, w rękach nić pejzażu
wijesz jasną, jak my złe żelazo.
Ach, tak się dziejom jutrzennym napatrz,
jak my twarze w płomieniu kute
zwracaliśmy, gdzie grom swoje światło
jak fontanny podnosił łódkę.
Lecz się kochać nie ucz tych ogni,
bo sen łatwy - lecz smutek pod nim.
Bo wystarczy nam jedna ziemia,
choć stron cztery i nieba obszar
dziwnie płaski stoi jak z cienia.
Tylko jednej za mało miłości,
by sen przebyć i stanąć powtórnie
dłoń bezbronną unosząc jak strunę.
WRÓĆ
Podobno anioł kulawy
wziął go przykro za włosy i sprężynę niewidoczną tknął.
Jak zabawkę, jak brzęczący badyl
zasadził na kilometrze szesnastym.
Potem anielskie wargi otworzył,
długo patrzał
i odjął rękę swą.
Obok wąsatych w kołach wozów,
śmigieł blaszanej trawy,
nad rękami własnymi się mnożył,
zielenią powolną rósł
w głębokiej literze ust
chłopiec przydrożny.
Dzień po dniu go otwierał coraz zawilej i barwniej,
aż rzeczy nazywać począł - aby im w locie sprostać,
a gdy na chwilę go przykrył z rzeki idący cień tratwy - -
zobaczył imię swe w palcach i święty ognik we włosach.
WRÓĆ
Byłeś jak wielkie, stare drzewo...
Byłeś jak wielkie, stare drzewo,
narodzie mój jak dąb zuchwały,
wezbrany ogniem soków źrałych
jak drzewo wiary, mocy, gniewu.
I jęli ciebie cieśle orać
i ryć cię rylcem u korzeni,
żeby twój głos, twój kształt odmienić,
żeby cię zmienić w sen upiora.
Jęli ci liście drzeć i ścinać,
byś nagi stał i głowę zginał.
Jęli ci oczy z ognia łupić,
byś ich nie zmienił wzrokiem w trupy.
Jęli ci ciało w popiół kruszyć,
by wydrzeć Boga z żywej duszy.
I otoś stanął sam, odarty,
jak martwa chmura za kratami,
na pół cierpiący, a pół martwy,
poryty ogniem, batem, łzami.
W wielości swojej - rozegnany,
w miłości swojej - jak pień twardy,
haki pazurów wbiłeś w rany
swej ziemi. I śnisz sen pogardy.
Lecz kręci się niebiosów zegar
i czas o tarczę mieczem bije,
i wstrząśniesz się z poblaskiem nieba,
posłuchasz serca: serce żyje.
I zmartwychwstaniesz jak Bóg z grobu
z huraganowym tchem u skroni,
ramiona ziemi się przed tobą
otworzą. Ludu mój, Do broni! IV 43r.
WRÓĆ
Bez imienia
Oto jest chwila bez imienia:
drzwi się wydęły i zgasły.
Nie odróżnisz postaci w cieniach,
w huku jak w ogniu jasnym.
Wtedy krzyk krótki zza ściany;
wtedy w podłogę - skałą
i ciemność płynie jak z rany,
i w łoskot wozu - ciało.
Oto jest chwila bez imienia
wypalona w czasie jak w hymnie.
Nitką krwi jak struną - za wozem
wypisuje na bruku swe imię.
15 XI 41 r.
WRÓĆ
Niezdarne ręce, martwe trudy!
I cóż ja pocznę pod tym niebem,
gdzie tłumy głuche, gdzie pożogi
i wyją z lęku głodne ludy?
Nie nakarmiony snem ni chlebem,
jak trup nie pojednany z Bogiem,
cóż ja wam pocznę pod tym niebem?
O, nie nazywaj mnie człowiekiem,
bo mi wstyd krwawy - wzrok wyłupi,
bo mi na czole zbrodni znamię,
z ziemi nie owoc - zaduch trupi
i tylko topór, a nie ramię,
O, nie nazywaj, lepiej powieś
na ustach pieczęć - boże słowo
i jakąś pieśń, a nie grobową,
i jakiś hełm, a nie na głowie.
Zanim jak anioł wyjdę z piekieł,
o, nie nazywaj mnie człowiekiem.
I odbierz ręce te niezdarne,
co i z marmuru krew wyplusną,
i zanim ziemię zedrzesz z powiek
i nim odbijesz mnie jak lustro,
by twarz nie była trumną czarną,
daj, żebym umarł choć jak człowiek. lipiec 1942 r.
WRÓĆ
Nocą słyszę, jak coraz bliżej
drżąc i grając krąg się zaciska.
A mnie przecież zdrój rzeźbił chyży,
wyhuśtała mnie chmur kołyska.
A mnie przecież wody szerokie
na dźwigarach swych niosły ptaki
bzu dzikiego; bujne obłoki
były dla mnie jak uśmiech matki.
Krąg powolny dzień czy noc krąży,
ostrzem świszcząc tnie już przy ustach,
a mnie przecież tak jak innym
ziemia rosła tęga - nie pusta.
I mnie przecież jak dymu laska
wytryskała gołębia młodość;
teraz na dnie śmierci wyrastam
ja - syn dziki mego narodu.
Krąg jak nożem z wolna rozcina,
przetnie światło, zanim dzień minie,
a ja prześpię czas wielkiej rzeźby
z głową ciężką na karabinie.
Obskoczony przez zdarzeń zamęt,
kręgiem ostrym rozdarty na pół,
głowę rzucę pod wiatr jak granat,
piersi zgniecie czas czarną łapą;
bo to była życia nieśmiałość,
a odwaga - gdy śmiercią niosło.
Umrzeć przyjdzie, gdy się kochało
wielkie sprawy głupią miłością.
4.12.1943
WRÓĆ
Niebo złote ci otworzę,
w którym ciszy biała nić
jak ogromny dźwięków orzech,
który pęknie, aby żyć
zielonymi listeczkami,
śpiewem jezior, zmierzchu graniem,
aż ukaże jądro mleczne
ptasi świt.
Ziemię twardą ci przemienię
w mleczów miękkich płynny lot,
wyprowadzę z rzeczy cienie,
które prężą się jak kot,
futrem iskrząc zwiną wszystko
w barwy burz, w serduszka listków,
w deszczów siwy splot.
I powietrza drżące strugi
jak z anielskiej strzechy dym
zmienię ci w aleje długie,
w brzóz przejrzystych śpiewny płyn,
aż zagrają jak wiolonczel
żal - różowe światła pnącze,
pszczelich skrzydeł hymn.
Jeno wyjmij mi z tych oczu
szkło bolesne - obraz dni,
które czaszki białe toczy
przez płonące łąki krwi.
Jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył. 15. VI. 1943 r.
WRÓĆ
Powstanie Warszawskie
M. CP.
Created on July 31, 2020
Start designing with a free template
Discover more than 1500 professional designs like these:
View
Akihabara Microsite
View
Essential Microsite
View
Essential CV
View
Practical Microsite
View
Akihabara Resume
View
Tourism Guide Microsite
View
Online Product Catalog
Explore all templates
Transcript
POWSTANIE WARSZAWSKIE 1 sierpnia 1944
Poezja powstańcza
KOLUMBOWIE. ROCZNIK 20
Krzysztof Kamil Baczyński
Tadeusz Gajcy
Krystyna Krahelska
Mamy o czym pamiętać!
POWSTANIE WARSZAWSKIE 1 sierpnia 1944
POKOLENIE KOLUMBÓW
Kolumbowie. Rocznik 20 – powieść Romana Bratnego o tematyce wojennej. Napisana została w latach 1955–1956, a wydana w 1957 r. Składa się z trzech tomów: „Śmierć po raz pierwszy”, „Śmierć po raz drugi” i „Życie”. Książka opowiada o losach młodych warszawiaków wchodzących w dorosłość w czasie II wojny światowej. Jej bohaterami są przedstawiciele młodzieży inteligenckiej należącej do Armii Krajowej. Bratny opisuje m.in. ich walkę z okupantem przed i podczas powstania warszawskiego. Akcja powieści obejmuje lata 1942–1948. Autor oparł powieść na własnych wspomnieniach i doświadczeniach. Ściśle trzyma się faktów historycznych, co widać zwłaszcza w drugim tomie – Oddział Wydzielony Kolegium A Kedywu rzeczywiście istniał (jednak w sile kompanii, nie plutonu), jego szlak bojowy w powstaniu warszawskim pokrywa się z tym opisanym w książce; mowa jest również o planowanym wyjściu pułku „Radosław” wraz z Komendą Główną AK ze stolicy na początku powstania, w opisie próby przebicia powstańców ze Starówki do Śródmieścia nie zabrakło wzmianki o śmierci majora Jana Andrzejewskiego „Jana”, dowódcy „Brody”, pojawia się także wzmianka o śmierci Krzysztofa Kamila Baczyńskiego.
WRÓĆ
POWSTANIE WARSZAWSKIE 1 sierpnia 1944
KRZYSZTOF KAMIL BACZYŃSKI
(ps. „Jan Bugaj”, „Emil”, „Jan Krzyski”, „Krzysztof”, „Piotr Smugosz”, „Krzysztof Zieliński”, „Krzyś”; ur. 22 stycznia 1921 w Warszawie, zm. 4 sierpnia 1944 w Warszawie) – polski poeta czasu wojny, podchorąży Armii Krajowej, podharcmistrz Szarych Szeregów, jeden z przedstawicieli pokolenia Kolumbów, w czasie okupacji związany z pismem „Płomienie” oraz miesięcznikiem „Droga”. Zginął w czasie powstania warszawskiego jako żołnierz batalionu „Parasol” Armii Krajowej.
TWÓRCZOŚĆ
WRÓĆ
POWSTANIE WARSZAWSKIE 1 sierpnia 1944
TADEUSZ GAJCY
(ps. Karol Topornicki, Roman Oścień, Topór) urodził się 8 lutego 1922 r. w Warszawie, zginął zaś 16 sierpnia 1944 roku. Przyszedł na świat w robotniczej rodzinie, której przodkowie przed laty przybyli do Polski z Węgier. Jego matka była położną, zaś ojciec pracował jako ślusarz w Taborze Kolejowym na Pradze. Tadeusz kształcił się w bielańskim gimnazjum i liceum oo. Marianów, był również ministrantem i muzykował, ucząc się gry na mandolinie. Wiemy, że służył do mszy porannych w kościele św. Jana Bożego przy Bonifraterskiej 14, co miało pośredni wpływ na jego poezję (R. Brasse mówi o "kościele onirycznym"). Egzamin maturalny zdał już w ramach tajnego nauczania, w roku 1941. Następnie wstąpił na studia polonistyczne na zakonspirowanym Uniwersytecie Warszawskim.
TWÓRCZOŚĆ
WRÓĆ
POWSTANIE WARSZAWSKIE 1 sierpnia 1944
KRYSTYNA KRAHELSKA
ps. „Danuta” (ur. 24 marca 1914 w Mazurkach k. Baranowicz, zm. 2 sierpnia 1944 w Warszawie) – polska poetka, harcerka, pielęgniarka, etnografka, żołnierz Armii Krajowej, uczestniczka powstania warszawskiego.
TWÓRCZOŚĆ
WRÓĆ
Byłeś jak wielkie stare drzewo
Bez imienia
Modlitwa I
Z głową na karabnie
Niebo złote ci otworzę
WRÓĆ
Hej chłopcy, bagnet na broń
Kołysanka
Wiosna zawiedzionych
Modlitwa
WRÓĆ
Hej chłopcy, bagnet na broń! Długa droga, daleka przed nami, Mocne serca, a w ręku karabin, Granaty w dłoniach i bagnet na broni. Jasny świt się roztoczy, wiatr owieje nam oczy I odetchnąć da płucom, i rozgorzeć da krwi, I piosenkę jak tęczę nad nami roztoczy W równym rytmie marsza: raz, dwa, trzy… Hej chłopcy, bagnet na broń! Długa droga daleka przed nami, trud i znój, Po zwycięstwo, my młodzi, idziemy na bój, Granaty w dłoniach i bagnet na broni. Ciemna noc się nad nami roziskrzyła gwiazdami, Białe wstęgi dróg w pyle, długie noce i dni, Nowa Polska, zwycięska, jest w nas i przed nami W równym rytmie marsza: raz, dwa, trzy… Hej chłopcy, bagnet na broń! Bo kto wie, czy to jutro, pojutrze, czy dziś Przyjdzie rozkaz, że już, że już trzeba nam iść, Granaty w dłoniach i bagnet na broni.
WRÓĆ
Smutna rzeka, księżyc po niej pływa, Senne dłonie chyli nad nią klon, Śpij, dziecino, nic się nie odzywa — Śpi w mogiłach zakopana broń. Senna rzeka, usnął las cienisty, Srebrne gwiazdy spadły w ciemną toń, Gdzieś po polach, gdzieś po lasach mglistych Czuగnie drzemie zakopana broń. Smutna rzeka, księżyc w dal odpłynął, Ciemna noc na liściach kładzie dłoń, Śpij, dziecino, śpij, żołnierski synu, Już niedługo obudzimy broń. Smutna rzeka księżyc po niej pływa, Senne dłonie chyli nad nią klon, Śpij, dziecino, nic się nie odzywa — Śpi w mogiłach zakopana broń. Grób, Broń, Cisza Senna rzeka, usnął las cienisty, Srebrne gwiazdy spadły w ciemną toń, Gdzieś po polach, gdzieś po lasach mglistych Czuగnie drzemie zakopana broń. Smutna rzeka, księżyc w dal odpłynął, Ciemna noc na liściach kładzie dłoń, Śpij, dziecino, śpij, żołnierski synu, Już niedługo obudzimy broń.
WRÓĆ
Tak czekaliśmy ciebie w tym roku, zimna wiosno, sucha, wietrzna wiosno! A gorzkie ziele tylko wrześniowe mogiły zarosło I skowrończa piosenka nie dźwięczała jak sama radość, Nawet drzewa nie kwitną — wymarzły po rozłogach, po miedzach, po sadach. Nawet ziemia zakrzepła w sobie. Umierają rośliny na spiece. I czymże się ma sycić, czym poić, puste źródło — smutne serce człowiecze?
WRÓĆ
Chryste Panie, z przydrożnych połamanych krzyży, Krzyżowa nasza droga, droga — do zwycięstwa! Daj nam siłę wytrwania, daj nam wolę męstwa I Polskę oczom naszym strudzonym przybliżaj. Skrzywdzony Zbawicielu spalonych kościołów, Każdą kroplę krwi naszej przemień nam — na ołów. Przetrwamy gdzieś w podziemiach — jeśli tego trzeba, By jak ukryta woda wytrysnąć z ukrycia. Daj nam, Chryste przydrożny, silną wolę życia — I daj nam śmierć żołnierską, jeśli umrzeć trzeba. Poprzez ciemność i burzę daj nam iść najprościej Drogą do Nowej Polski — drogą do Wolności. Gdy przyjdzie czas odlotu do krainy innej — Chcę odlecieć w porywie szczęścia i natchnienia, Jak ptak, co uciekając z ziemi niegościnnej, Ziemię — na niebo zamienia.
WRÓĆ
Ballada o chłopcu przydrożnym
Temu, który przyjdzie
[***] Jestem tutaj
WRÓĆ
Jestem tutaj, ot, niedbały pewnie, że większy od ważki, ale znikomy wobec cienkiego dymu, co ma kształt zapałki nad malinowym moim domem. Za mną, nikłym, słońca pięta tropi wiernie i niebiosa jak powieka odemknięta kuszą smutnie, bym pozostał! Próg mnie więzi, zwiera szczęki: tylko tutaj - oznajmia - bądź jak ja martwy i ciągle niewielki, choć we mnie jest jasność i noc; nie poradzisz rzeczy zuchwałej, kiedy serce trwożliwie kląska, zostań, pozwól, niech kocha ciało, choć grom jeszcze krwawe ma dziąsła i uparcie innym nuci - lulaj; lecz ty, popatrz - pogodne światła nad planetą w istocie malutką zataczają się sennie jak wiatrak. Księżyc biały uderza skrzydłem i dom jasny, w który patrzysz teraz, przywołuje: sen jest twą ojczyzną - a najtrudniej sennemu umierać.
WRÓĆ
Z tamtej strony, gdzie mała kolumna nieba świeci, u stóp ziemi drętwej my jesteśmy. Pomyśl: sen i ból nasz napojony pulsowaniem rzeki, kwiatów szmerem w powietrzu nietrwałym słyszysz jeszcze prosty jak organy. Czas, co smutne ciało ma weselić, kłosy zgina niebieskie jak dachy miasta twego i obłoków kielich chyli w młodość muzyczną. Więc w blasku rzeczy stoisz, w rękach nić pejzażu wijesz jasną, jak my złe żelazo. Ach, tak się dziejom jutrzennym napatrz, jak my twarze w płomieniu kute zwracaliśmy, gdzie grom swoje światło jak fontanny podnosił łódkę. Lecz się kochać nie ucz tych ogni, bo sen łatwy - lecz smutek pod nim. Bo wystarczy nam jedna ziemia, choć stron cztery i nieba obszar dziwnie płaski stoi jak z cienia. Tylko jednej za mało miłości, by sen przebyć i stanąć powtórnie dłoń bezbronną unosząc jak strunę.
WRÓĆ
Podobno anioł kulawy wziął go przykro za włosy i sprężynę niewidoczną tknął. Jak zabawkę, jak brzęczący badyl zasadził na kilometrze szesnastym. Potem anielskie wargi otworzył, długo patrzał i odjął rękę swą. Obok wąsatych w kołach wozów, śmigieł blaszanej trawy, nad rękami własnymi się mnożył, zielenią powolną rósł w głębokiej literze ust chłopiec przydrożny. Dzień po dniu go otwierał coraz zawilej i barwniej, aż rzeczy nazywać począł - aby im w locie sprostać, a gdy na chwilę go przykrył z rzeki idący cień tratwy - - zobaczył imię swe w palcach i święty ognik we włosach.
WRÓĆ
Byłeś jak wielkie, stare drzewo... Byłeś jak wielkie, stare drzewo, narodzie mój jak dąb zuchwały, wezbrany ogniem soków źrałych jak drzewo wiary, mocy, gniewu. I jęli ciebie cieśle orać i ryć cię rylcem u korzeni, żeby twój głos, twój kształt odmienić, żeby cię zmienić w sen upiora. Jęli ci liście drzeć i ścinać, byś nagi stał i głowę zginał. Jęli ci oczy z ognia łupić, byś ich nie zmienił wzrokiem w trupy. Jęli ci ciało w popiół kruszyć, by wydrzeć Boga z żywej duszy. I otoś stanął sam, odarty, jak martwa chmura za kratami, na pół cierpiący, a pół martwy, poryty ogniem, batem, łzami. W wielości swojej - rozegnany, w miłości swojej - jak pień twardy, haki pazurów wbiłeś w rany swej ziemi. I śnisz sen pogardy. Lecz kręci się niebiosów zegar i czas o tarczę mieczem bije, i wstrząśniesz się z poblaskiem nieba, posłuchasz serca: serce żyje. I zmartwychwstaniesz jak Bóg z grobu z huraganowym tchem u skroni, ramiona ziemi się przed tobą otworzą. Ludu mój, Do broni! IV 43r.
WRÓĆ
Bez imienia Oto jest chwila bez imienia: drzwi się wydęły i zgasły. Nie odróżnisz postaci w cieniach, w huku jak w ogniu jasnym. Wtedy krzyk krótki zza ściany; wtedy w podłogę - skałą i ciemność płynie jak z rany, i w łoskot wozu - ciało. Oto jest chwila bez imienia wypalona w czasie jak w hymnie. Nitką krwi jak struną - za wozem wypisuje na bruku swe imię. 15 XI 41 r.
WRÓĆ
Niezdarne ręce, martwe trudy! I cóż ja pocznę pod tym niebem, gdzie tłumy głuche, gdzie pożogi i wyją z lęku głodne ludy? Nie nakarmiony snem ni chlebem, jak trup nie pojednany z Bogiem, cóż ja wam pocznę pod tym niebem? O, nie nazywaj mnie człowiekiem, bo mi wstyd krwawy - wzrok wyłupi, bo mi na czole zbrodni znamię, z ziemi nie owoc - zaduch trupi i tylko topór, a nie ramię, O, nie nazywaj, lepiej powieś na ustach pieczęć - boże słowo i jakąś pieśń, a nie grobową, i jakiś hełm, a nie na głowie. Zanim jak anioł wyjdę z piekieł, o, nie nazywaj mnie człowiekiem. I odbierz ręce te niezdarne, co i z marmuru krew wyplusną, i zanim ziemię zedrzesz z powiek i nim odbijesz mnie jak lustro, by twarz nie była trumną czarną, daj, żebym umarł choć jak człowiek. lipiec 1942 r.
WRÓĆ
Nocą słyszę, jak coraz bliżej drżąc i grając krąg się zaciska. A mnie przecież zdrój rzeźbił chyży, wyhuśtała mnie chmur kołyska. A mnie przecież wody szerokie na dźwigarach swych niosły ptaki bzu dzikiego; bujne obłoki były dla mnie jak uśmiech matki. Krąg powolny dzień czy noc krąży, ostrzem świszcząc tnie już przy ustach, a mnie przecież tak jak innym ziemia rosła tęga - nie pusta. I mnie przecież jak dymu laska wytryskała gołębia młodość; teraz na dnie śmierci wyrastam ja - syn dziki mego narodu. Krąg jak nożem z wolna rozcina, przetnie światło, zanim dzień minie, a ja prześpię czas wielkiej rzeźby z głową ciężką na karabinie. Obskoczony przez zdarzeń zamęt, kręgiem ostrym rozdarty na pół, głowę rzucę pod wiatr jak granat, piersi zgniecie czas czarną łapą; bo to była życia nieśmiałość, a odwaga - gdy śmiercią niosło. Umrzeć przyjdzie, gdy się kochało wielkie sprawy głupią miłością. 4.12.1943
WRÓĆ
Niebo złote ci otworzę, w którym ciszy biała nić jak ogromny dźwięków orzech, który pęknie, aby żyć zielonymi listeczkami, śpiewem jezior, zmierzchu graniem, aż ukaże jądro mleczne ptasi świt. Ziemię twardą ci przemienię w mleczów miękkich płynny lot, wyprowadzę z rzeczy cienie, które prężą się jak kot, futrem iskrząc zwiną wszystko w barwy burz, w serduszka listków, w deszczów siwy splot. I powietrza drżące strugi jak z anielskiej strzechy dym zmienię ci w aleje długie, w brzóz przejrzystych śpiewny płyn, aż zagrają jak wiolonczel żal - różowe światła pnącze, pszczelich skrzydeł hymn. Jeno wyjmij mi z tych oczu szkło bolesne - obraz dni, które czaszki białe toczy przez płonące łąki krwi. Jeno odmień czas kaleki, zakryj groby płaszczem rzeki, zetrzyj z włosów pył bitewny, tych lat gniewnych czarny pył. 15. VI. 1943 r.
WRÓĆ