Want to create interactive content? It’s easy in Genially!

Get started free

Powstanie Warszawskie

M. CP.

Created on July 31, 2020

Start designing with a free template

Discover more than 1500 professional designs like these:

Akihabara Microsite

Essential Microsite

Essential CV

Practical Microsite

Akihabara Resume

Tourism Guide Microsite

Online Product Catalog

Transcript

POWSTANIE WARSZAWSKIE 1 sierpnia 1944

Poezja powstańcza

KOLUMBOWIE. ROCZNIK 20

Krzysztof Kamil Baczyński

Tadeusz Gajcy

Krystyna Krahelska

Mamy o czym pamiętać!

POWSTANIE WARSZAWSKIE 1 sierpnia 1944

POKOLENIE KOLUMBÓW

Kolumbowie. Rocznik 20 – powieść Romana Bratnego o tematyce wojennej. Napisana została w latach 1955–1956, a wydana w 1957 r. Składa się z trzech tomów: „Śmierć po raz pierwszy”, „Śmierć po raz drugi” i „Życie”. Książka opowiada o losach młodych warszawiaków wchodzących w dorosłość w czasie II wojny światowej. Jej bohaterami są przedstawiciele młodzieży inteligenckiej należącej do Armii Krajowej. Bratny opisuje m.in. ich walkę z okupantem przed i podczas powstania warszawskiego. Akcja powieści obejmuje lata 1942–1948. Autor oparł powieść na własnych wspomnieniach i doświadczeniach. Ściśle trzyma się faktów historycznych, co widać zwłaszcza w drugim tomie – Oddział Wydzielony Kolegium A Kedywu rzeczywiście istniał (jednak w sile kompanii, nie plutonu), jego szlak bojowy w powstaniu warszawskim pokrywa się z tym opisanym w książce; mowa jest również o planowanym wyjściu pułku „Radosław” wraz z Komendą Główną AK ze stolicy na początku powstania, w opisie próby przebicia powstańców ze Starówki do Śródmieścia nie zabrakło wzmianki o śmierci majora Jana Andrzejewskiego „Jana”, dowódcy „Brody”, pojawia się także wzmianka o śmierci Krzysztofa Kamila Baczyńskiego.

WRÓĆ

POWSTANIE WARSZAWSKIE 1 sierpnia 1944

KRZYSZTOF KAMIL BACZYŃSKI

(ps. „Jan Bugaj”, „Emil”, „Jan Krzyski”, „Krzysztof”, „Piotr Smugosz”, „Krzysztof Zieliński”, „Krzyś”; ur. 22 stycznia 1921 w Warszawie, zm. 4 sierpnia 1944 w Warszawie) – polski poeta czasu wojny, podchorąży Armii Krajowej, podharcmistrz Szarych Szeregów, jeden z przedstawicieli pokolenia Kolumbów, w czasie okupacji związany z pismem „Płomienie” oraz miesięcznikiem „Droga”. Zginął w czasie powstania warszawskiego jako żołnierz batalionu „Parasol” Armii Krajowej.

TWÓRCZOŚĆ

WRÓĆ

POWSTANIE WARSZAWSKIE 1 sierpnia 1944

TADEUSZ GAJCY

(ps. Ka­rol To­por­nic­ki, Ro­man Oścień, To­pór) uro­dził się 8 lu­te­go 1922 r. w War­sza­wie, zgi­nął zaś 16 sierp­nia 1944 roku. Przy­szedł na świat w ro­bot­ni­czej ro­dzi­nie, któ­rej przod­ko­wie przed laty przy­by­li do Pol­ski z Wę­gier. Jego mat­ka była po­łoż­ną, zaś oj­ciec pra­co­wał jako ślu­sarz w Ta­bo­rze Ko­le­jo­wym na Pra­dze. Ta­de­usz kształ­cił się w bie­lań­skim gim­na­zjum i li­ceum oo. Ma­ria­nów, był rów­nież mi­ni­stran­tem i mu­zy­ko­wał, ucząc się gry na man­do­li­nie. Wie­my, że słu­żył do mszy po­ran­nych w ko­ście­le św. Jana Bo­że­go przy Bo­ni­fra­ter­skiej 14, co mia­ło po­śred­ni wpływ na jego po­ezję (R. Bras­se mówi o "ko­ście­le oni­rycz­nym"). Eg­za­min ma­tu­ral­ny zdał już w ra­mach taj­ne­go na­ucza­nia, w roku 1941. Na­stęp­nie wstą­pił na stu­dia po­lo­ni­stycz­ne na za­kon­spi­ro­wa­nym Uni­wer­sy­te­cie War­szaw­skim.

TWÓRCZOŚĆ

WRÓĆ

POWSTANIE WARSZAWSKIE 1 sierpnia 1944

KRYSTYNA KRAHELSKA

ps. „Danuta” (ur. 24 marca 1914 w Mazurkach k. Baranowicz, zm. 2 sierpnia 1944 w Warszawie) – polska poetka, harcerka, pielęgniarka, etnografka, żołnierz Armii Krajowej, uczestniczka powstania warszawskiego.

TWÓRCZOŚĆ

WRÓĆ

Byłeś jak wielkie stare drzewo

Bez imienia

Modlitwa I

Z głową na karabnie

Niebo złote ci otworzę

WRÓĆ

Hej chłopcy, bagnet na broń

Kołysanka

Wiosna zawiedzionych

Modlitwa

WRÓĆ

Hej chłopcy, bagnet na broń! Długa droga, daleka przed nami, Mocne serca, a w ręku karabin, Granaty w dłoniach i bagnet na broni. Jasny świt się roztoczy, wiatr owieje nam oczy I odetchnąć da płucom, i rozgorzeć da krwi, I piosenkę jak tęczę nad nami roztoczy W równym rytmie marsza: raz, dwa, trzy… Hej chłopcy, bagnet na broń! Długa droga daleka przed nami, trud i znój, Po zwycięstwo, my młodzi, idziemy na bój, Granaty w dłoniach i bagnet na broni. Ciemna noc się nad nami roziskrzyła gwiazdami, Białe wstęgi dróg w pyle, długie noce i dni, Nowa Polska, zwycięska, jest w nas i przed nami W równym rytmie marsza: raz, dwa, trzy… Hej chłopcy, bagnet na broń! Bo kto wie, czy to jutro, pojutrze, czy dziś Przyjdzie rozkaz, że już, że już trzeba nam iść, Granaty w dłoniach i bagnet na broni.

WRÓĆ

Smutna rzeka, księżyc po niej pływa, Senne dłonie chyli nad nią klon, Śpij, dziecino, nic się nie odzywa — Śpi w mogiłach zakopana broń. Senna rzeka, usnął las cienisty, Srebrne gwiazdy spadły w ciemną toń, Gdzieś po polach, gdzieś po lasach mglistych Czuగnie drzemie zakopana broń. Smutna rzeka, księżyc w dal odpłynął, Ciemna noc na liściach kładzie dłoń, Śpij, dziecino, śpij, żołnierski synu, Już niedługo obudzimy broń. Smutna rzeka księżyc po niej pływa, Senne dłonie chyli nad nią klon, Śpij, dziecino, nic się nie odzywa — Śpi w mogiłach zakopana broń. Grób, Broń, Cisza Senna rzeka, usnął las cienisty, Srebrne gwiazdy spadły w ciemną toń, Gdzieś po polach, gdzieś po lasach mglistych Czuగnie drzemie zakopana broń. Smutna rzeka, księżyc w dal odpłynął, Ciemna noc na liściach kładzie dłoń, Śpij, dziecino, śpij, żołnierski synu, Już niedługo obudzimy broń.

WRÓĆ

Tak czekaliśmy ciebie w tym roku, zimna wiosno, sucha, wietrzna wiosno! A gorzkie ziele tylko wrześniowe mogiły zarosło I skowrończa piosenka nie dźwięczała jak sama radość, Nawet drzewa nie kwitną — wymarzły po rozłogach, po miedzach, po sadach. Nawet ziemia zakrzepła w sobie. Umierają rośliny na spiece. I czymże się ma sycić, czym poić, puste źródło — smutne serce człowiecze?

WRÓĆ

Chryste Panie, z przydrożnych połamanych krzyży, Krzyżowa nasza droga, droga — do zwycięstwa! Daj nam siłę wytrwania, daj nam wolę męstwa I Polskę oczom naszym strudzonym przybliżaj. Skrzywdzony Zbawicielu spalonych kościołów, Każdą kroplę krwi naszej przemień nam — na ołów. Przetrwamy gdzieś w podziemiach — jeśli tego trzeba, By jak ukryta woda wytrysnąć z ukrycia. Daj nam, Chryste przydrożny, silną wolę życia — I daj nam śmierć żołnierską, jeśli umrzeć trzeba. Poprzez ciemność i burzę daj nam iść najprościej Drogą do Nowej Polski — drogą do Wolności. Gdy przyjdzie czas odlotu do krainy innej — Chcę odlecieć w porywie szczęścia i natchnienia, Jak ptak, co uciekając z ziemi niegościnnej, Ziemię — na niebo zamienia.

WRÓĆ

Ballada o chłopcu przydrożnym

Temu, który przyjdzie

[***] Jestem tutaj

WRÓĆ

Je­stem tu­taj, ot, nie­dba­ły pew­nie, że więk­szy od waż­ki, ale zni­ko­my wo­bec cien­kie­go dymu, co ma kształt za­pał­ki nad ma­li­no­wym moim do­mem. Za mną, ni­kłym, słoń­ca pię­ta tro­pi wier­nie i nie­bio­sa jak po­wie­ka ode­mknię­ta ku­szą smut­nie, bym po­zo­stał! Próg mnie wię­zi, zwie­ra szczę­ki: tyl­ko tu­taj - oznaj­mia - bądź jak ja mar­twy i cią­gle nie­wiel­ki, choć we mnie jest ja­sność i noc; nie po­ra­dzisz rze­czy zu­chwa­łej, kie­dy ser­ce trwoż­li­wie klą­ska, zo­stań, po­zwól, niech ko­cha cia­ło, choć grom jesz­cze krwa­we ma dzią­sła i upar­cie in­nym nuci - lu­laj; lecz ty, po­patrz - po­god­ne świa­tła nad pla­ne­tą w isto­cie ma­lut­ką za­ta­cza­ją się sen­nie jak wia­trak. Księ­życ bia­ły ude­rza skrzy­dłem i dom ja­sny, w któ­ry pa­trzysz te­raz, przy­wo­łu­je: sen jest twą oj­czy­zną - a naj­trud­niej sen­ne­mu umie­rać.

WRÓĆ

Z tam­tej stro­ny, gdzie mała ko­lum­na nie­ba świe­ci, u stóp zie­mi drę­twej my je­ste­śmy. Po­myśl: sen i ból nasz na­po­jo­ny pul­so­wa­niem rze­ki, kwia­tów szme­rem w po­wie­trzu nie­trwa­łym sły­szysz jesz­cze pro­sty jak or­ga­ny. Czas, co smut­ne cia­ło ma we­se­lić, kło­sy zgi­na nie­bie­skie jak da­chy mia­sta twe­go i ob­ło­ków kie­lich chy­li w mło­dość mu­zycz­ną. Więc w bla­sku rze­czy sto­isz, w rę­kach nić pej­za­żu wi­jesz ja­sną, jak my złe że­la­zo. Ach, tak się dzie­jom ju­trzen­nym na­patrz, jak my twa­rze w pło­mie­niu kute zwra­ca­li­śmy, gdzie grom swo­je świa­tło jak fon­tan­ny pod­no­sił łód­kę. Lecz się ko­chać nie ucz tych ogni, bo sen ła­twy - lecz smu­tek pod nim. Bo wy­star­czy nam jed­na zie­mia, choć stron czte­ry i nie­ba ob­szar dziw­nie pła­ski stoi jak z cie­nia. Tyl­ko jed­nej za mało mi­ło­ści, by sen prze­być i sta­nąć po­wtór­nie dłoń bez­bron­ną uno­sząc jak stru­nę.

WRÓĆ

Po­dob­no anioł ku­la­wy wziął go przy­kro za wło­sy i sprę­ży­nę nie­wi­docz­ną tknął. Jak za­baw­kę, jak brzę­czą­cy ba­dyl za­sa­dził na ki­lo­me­trze szes­na­stym. Po­tem aniel­skie war­gi otwo­rzył, dłu­go pa­trzał i od­jął rękę swą. Obok wą­sa­tych w ko­łach wo­zów, śmi­gieł bla­sza­nej tra­wy, nad rę­ka­mi wła­sny­mi się mno­żył, zie­le­nią po­wol­ną rósł w głę­bo­kiej li­te­rze ust chło­piec przy­droż­ny. Dzień po dniu go otwie­rał co­raz za­wi­lej i barw­niej, aż rze­czy na­zy­wać po­czął - aby im w lo­cie spro­stać, a gdy na chwi­lę go przy­krył z rze­ki idą­cy cień tra­twy - - zo­ba­czył imię swe w pal­cach i świę­ty ognik we wło­sach.

WRÓĆ

Byłeś jak wielkie, stare drzewo... Byłeś jak wielkie, stare drzewo, narodzie mój jak dąb zuchwały, wezbrany ogniem soków źrałych jak drzewo wiary, mocy, gniewu. I jęli ciebie cieśle orać i ryć cię rylcem u korzeni, żeby twój głos, twój kształt odmienić, żeby cię zmienić w sen upiora. Jęli ci liście drzeć i ścinać, byś nagi stał i głowę zginał. Jęli ci oczy z ognia łupić, byś ich nie zmienił wzrokiem w trupy. Jęli ci ciało w popiół kruszyć, by wydrzeć Boga z żywej duszy. I otoś stanął sam, odarty, jak martwa chmura za kratami, na pół cierpiący, a pół martwy, poryty ogniem, batem, łzami. W wielości swojej - rozegnany, w miłości swojej - jak pień twardy, haki pazurów wbiłeś w rany swej ziemi. I śnisz sen pogardy. Lecz kręci się niebiosów zegar i czas o tarczę mieczem bije, i wstrząśniesz się z poblaskiem nieba, posłuchasz serca: serce żyje. I zmartwychwstaniesz jak Bóg z grobu z huraganowym tchem u skroni, ramiona ziemi się przed tobą otworzą. Ludu mój, Do broni! IV 43r.

WRÓĆ

Bez imienia Oto jest chwila bez imienia: drzwi się wydęły i zgasły. Nie odróżnisz postaci w cieniach, w huku jak w ogniu jasnym. Wtedy krzyk krótki zza ściany; wtedy w podłogę - skałą i ciemność płynie jak z rany, i w łoskot wozu - ciało. Oto jest chwila bez imienia wypalona w czasie jak w hymnie. Nitką krwi jak struną - za wozem wypisuje na bruku swe imię. 15 XI 41 r.

WRÓĆ

Niezdarne ręce, martwe trudy! I cóż ja pocznę pod tym niebem, gdzie tłumy głuche, gdzie pożogi i wyją z lęku głodne ludy? Nie nakarmiony snem ni chlebem, jak trup nie pojednany z Bogiem, cóż ja wam pocznę pod tym niebem? O, nie nazywaj mnie człowiekiem, bo mi wstyd krwawy - wzrok wyłupi, bo mi na czole zbrodni znamię, z ziemi nie owoc - zaduch trupi i tylko topór, a nie ramię, O, nie nazywaj, lepiej powieś na ustach pieczęć - boże słowo i jakąś pieśń, a nie grobową, i jakiś hełm, a nie na głowie. Zanim jak anioł wyjdę z piekieł, o, nie nazywaj mnie człowiekiem. I odbierz ręce te niezdarne, co i z marmuru krew wyplusną, i zanim ziemię zedrzesz z powiek i nim odbijesz mnie jak lustro, by twarz nie była trumną czarną, daj, żebym umarł choć jak człowiek. lipiec 1942 r.

WRÓĆ

Nocą słyszę, jak coraz bliżej drżąc i grając krąg się zaciska. A mnie przecież zdrój rzeźbił chyży, wyhuśtała mnie chmur kołyska. A mnie przecież wody szerokie na dźwigarach swych niosły ptaki bzu dzikiego; bujne obłoki były dla mnie jak uśmiech matki. Krąg powolny dzień czy noc krąży, ostrzem świszcząc tnie już przy ustach, a mnie przecież tak jak innym ziemia rosła tęga - nie pusta. I mnie przecież jak dymu laska wytryskała gołębia młodość; teraz na dnie śmierci wyrastam ja - syn dziki mego narodu. Krąg jak nożem z wolna rozcina, przetnie światło, zanim dzień minie, a ja prześpię czas wielkiej rzeźby z głową ciężką na karabinie. Obskoczony przez zdarzeń zamęt, kręgiem ostrym rozdarty na pół, głowę rzucę pod wiatr jak granat, piersi zgniecie czas czarną łapą; bo to była życia nieśmiałość, a odwaga - gdy śmiercią niosło. Umrzeć przyjdzie, gdy się kochało wielkie sprawy głupią miłością. 4.12.1943

WRÓĆ

Niebo złote ci otworzę, w którym ciszy biała nić jak ogromny dźwięków orzech, który pęknie, aby żyć zielonymi listeczkami, śpiewem jezior, zmierzchu graniem, aż ukaże jądro mleczne ptasi świt. Ziemię twardą ci przemienię w mleczów miękkich płynny lot, wyprowadzę z rzeczy cienie, które prężą się jak kot, futrem iskrząc zwiną wszystko w barwy burz, w serduszka listków, w deszczów siwy splot. I powietrza drżące strugi jak z anielskiej strzechy dym zmienię ci w aleje długie, w brzóz przejrzystych śpiewny płyn, aż zagrają jak wiolonczel żal - różowe światła pnącze, pszczelich skrzydeł hymn. Jeno wyjmij mi z tych oczu szkło bolesne - obraz dni, które czaszki białe toczy przez płonące łąki krwi. Jeno odmień czas kaleki, zakryj groby płaszczem rzeki, zetrzyj z włosów pył bitewny, tych lat gniewnych czarny pył. 15. VI. 1943 r.

WRÓĆ